Zabiorą zasiłki chorobowe niezaszczepionym i każą płacić za testy. Takie podejście to ja rozumiem
Zasiłek zabiorą, kiedy wylądują na kwarantannie z powodu COVID-19. No bo ostatecznie, mieli narzędzia, żeby się przed chorobą ochronić i świadomie z nich zrezygnowali. To dlaczego wszyscy obywatele mają się zrzucać na ich zasiłek i ponosić koszty ich prywatnych decyzji? Już rzucacie we mnie pomidorami? No to patrzcie na Niemców. To nie jakaś moja fanaberia, oni właśnie tak obchodzą się z niezaszczepionymi obywatelami.

Zdaniem niemieckiego ministra zdrowia Jensa Spahna to kwestia sprawiedliwości. W całych Niemczech od 1 listopada każdy, kto trafi na kwarantannę z powodu zakażenia koronawirusem, a nie był zaszczepiony, zostanie pozbawiony zasiłku chorobowego.
Niemcy ewidentnie przykręcają śrubę, by zmotywować ludzi do szczepień. Przy okazji od 11 października wprowadzają również zasadę, że testy na COVID-19 dla niezaszczepionych nie będą już bezpłatne. Dla zaszczepionych oczywiście nadal będą darmowe.
Logiczne. Szczególnie, że tempo szczepień w Niemczech znacznie zwolniło, podobnie jak w Polsce. Nadal jednak wyszczepiony jest tam większy odsetek populacji niż u nas. W pełni zaszczepionych w Niemczech jest ok. 63 proc. obywateli. W Polsce to niewiele ponad 50 proc.
A w Polsce ani pomysłów, ani odwagi
Może więc warto skorzystać z dobrego pomysłu sąsiada, skoro sami lepszych pomysłów nie mamy? Resort zdrowia ewidentnie wycofał się z pomysłu uzbrojenia przedsiębiorców w narzędzia, które mogłyby motywować ich pracowników do szczepienia. Przypomnę, że pomysł był taki, że w najgorszym razie, jeśli pracownik byłby niezaszczepiony, a pracował na „pierwszej linii frontu” z klientami, a więc był potencjalnym roznosicielem wirusa i zagrożeniem, a nie dałoby się przesunąć go w firmie na inne stanowisko pracy, mógłby zostać odesłany na bezpłatny urlop. Tak, bezpłatny, co oznacza, że nie zarabiałby nic, choć nie zostałby zwolniony.
To oczywiście rozwiązanie radykalne. I nie chodzi w nim zupełnie o to, by ludzi odsyłać do domów, ale by w ten sposób zmotywować ich do szczepień.
Podniosło się jedna larum, związki zawodowe zaczęły siać panikę i rząd się ugiął, chowając projekt ustawy do szuflady.
No to jak, zabrać zasiłki czy je podnieść?
Ktoś pewnie zaraz wyciągnie mi, że w ubiegłym roku pisałam przecież, że należy wręcz podnieść zasiłki chorobowe w obliczu pandemii. Dziś bowiem w Polsce pracownik wysyłany na zwolnienie otrzymuje jedynie 80 zamiast 100 proc. wynagrodzenia. Dla wielu to może być istotna różnica w domowym budżecie. Dlatego podczas ubiegłych fal mieliśmy poważny problem z tym, że ludzie nie chcieli przyznawać się do choroby, nie wykonywali testów na COVID-19, choć podejrzewali, że mogą być chorzy, właśnie dlatego, by nie zostać uziemionym na 14, a potem na 10 dni w domu z niższą pensją. Udawali, że wszystko jest ok i chodzili do pracy, rozsiewając wirusa.
Podniesienie zasiłku chorobowego do 100 proc. pensji pomogłoby uniknąć tego poważnego ryzyka.
Różnica pomiędzy jesienią ubiegłego roku a tą jest taka, że wówczas nie mieliśmy narzędzi, dzięki którym każdy i to za darmo mógł zabezpieczyć się przed chorobą, a przynajmniej radykalnie ograniczyć ryzyko zakażenia. Nie mieliśmy szczepionki.
Dziś mamy i to osobisty wybór każdego, czy z niej skorzysta czy nie. Wybór jest osobisty, ale konsekwencje ponosi całe społeczeństwo. Dlaczego społeczeństwo ma ponosić koszt czyjejś prywatnej decyzji podwójnie? A właściwie potrójnie?
Po pierwsze, każdy z nas jest przez osobę niezaszczepioną wystawiony na ryzyko zachorowania (jeśli się zaszczepił, ryzyko jest znacznie mniejsze, ale jest). Po drugie, każdy z nas może odczuwać skutki restrykcji, jeśli nie pozbędziemy się pandemii, w tym skutki ekonomiczne. A po trzecie, jeszcze mamy ze wspólnego budżetu dopłacać do czyjegoś zasiłku?
Skoro to prywatna decyzja, i koszty powinny być prywatne.