REKLAMA
  1. bizblog
  2. Felieton

Twitter w rękach Muska to pomyłka stulecia. Tak pada mit Elona - genialnego wizjonera

W tej historii niewiele rzeczy mogło pójść bardziej nie tak. Elon Musk najpierw sprawiał wrażenie jakby Twittera nabył przez pomyłkę, teraz rządzi nim za pomocą chaosu i impulsywnych reakcji. Błaganie zwolnionych właśnie pracowników o powrót do firmy to idealna puenta do polityki kierowania firmą a’la znudzony życiem miliarder. Bo właśnie tak należałoby opisać ostatnie posunięcia jednego z najbogatszych ludzi globu. (fot: Steve Jurvetson/flickr.com/CC BY 2.0)

07.11.2022
15:04
Twitter w rękach Muska to pomyłka stulecia. Tak pada mit Elona - genialnego wizjonera
REKLAMA

Pisząc ten tekst, ścierały się we mnie dwie postaci – dziennikarza i użytkownika Twittera. Ta pierwsza powinna być teoretycznie zachwycona – odkąd Elon Musk przejął platformę nie ma dnia, by nie pojawił się nowy temat do opisania. Druga ma już nieco mniej powodów do radości. Twitter schodzi na psy.

REKLAMA

A przynajmniej istnieje duże ryzyko, że tak się stanie w najbliższej przyszłości. Nie do końca o tym ma być ten tekst, ale warto zaznaczyć, że ulubionemu medium dziennikarzy i polityków grożą dwa zjawiska: dalsza utrata wiarygodności i odpływ użytkowników. Musk pod pretekstem walki o wolność słowa i weryfikacji kont wprowadza płatne subskrypcje. Rosyjskich trolli to raczej nie wyeliminuje, opłacenie kilkuset tysięcy kont to dla oligarchów żaden problem. Co najwyżej zwiększy nieco koszt utrzymywania machiny propagandy sterowanej z Kremla. A jednocześnie… zwiększy jej zasięgi. Tyle, jeśli chodzi o samego Twittera.

Wracając do Elona Muska

Sama transakcja od samego początku sprawiała wrażenie, jakby Musk nakręcił się na nową zabawkę. Sęk w tym, że jako bardzo bogate dziecko ze zdolnością prawną mógł ją sobie bez trudu kupić. No i kupił. To znaczy powiedział, że tak zrobi. Podpisał umowę. A potem stwierdził, że jednak nie, bo na platformie jest zbyt dużo fałszywych kont. Można byłoby w te tłumaczenia nawet uwierzyć, gdyby nie to, że miliarder spędza na Twitterze całe dnie i do mistrzostwa opanował kierowanie emocjami tłumu za pomocą wpisów w tym serwisie.

W końcu, zmuszony przez sąd, Elon uległ. Kupił tego Twittera. Nie najlepiej to wygląda z boku. Jeżeli pracownicy przychodzą do pracy z musu, to można byłoby przecież powiedzieć, że atmosfera w firmie nie należy do zdrowych. Co w takim razie powiedzieć, gdy do pracy trzeba przymuszać właściciela tego całego interesu?

Ale mniejsza o to. Pierwsze śliwki robaczywki, jak to mawiają piłkarze z polskiej ekstraklasy po odpadnięciu z europejskich pucharów na początku lipca. Gorzej, że z każdym kolejnym ruchem Elon Musk się pogrąża. W Tesli mógł uchodzić za geniusza, w końcu to on był i jest twórcą obecnej potęgi tej spółki. W Twitterze zachowuje się natomiast jak dziecko we mgle.

Zaczęło się od pomysłów uzdrowienia finansów serwisu. Już słynna wymiana mailowa z doradcami pokazała, że nikt z otoczenia Muska nie ma za bardzo pomysłu, jak sprawić, by Twitter w szybkim czasie wyszedł na stałe ponad kreskę. Elon chyba też nie. Z początku rzucił, że za weryfikację konta użytkownicy będą musieli płacić 20 dol. miesięcznie. Stephen King odpowiedział mu (na Twitterze oczywiście), że to za dużo. No to jak za dużo, stwierdził, Musk, to może 8 dol.?

Wspaniała analiza krzywej popytu i podaży, nie ma co. Gdyby amerykański pisarz był nieco bardziej ideologicznie zbliżony do Muska, pewnie stwierdziłbym, że cała dyskusja musiała być ustawiona.

Na domiar złego, tuż przed zakupem Musk zajął stanowisko w sprawie konfliktu w Ukrainie i na Tajwanie, dość wyraźnie opowiadając się za jedną stroną konfliktu. W innych okolicznościach nie miałoby to zapewne dużego znaczenia. Bo, serio, mówimy o gościu, który produkuje samochody. Teraz Musk nie jest już jednak pierwszym lepszym przedsiębiorcą.

W jego rękach jest prawdopodobnie najbardziej opiniotwórcza platforma na świecie. Decyzje miliardera mogą wpływać na to, czyj głos zostanie uciszony, a czyj przebije się mocniej do powszechnej świadomości. W takiej sytuacji prywatne osądy geopolityczne lepiej zachować dla siebie. Tym bardziej, że szybko można narazić się na zarzuty o konflikt interesów. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że sprzyjanie Chin w konflikcie z Tajwanem może się Elonowi bardzo opłacić – w końcu Tesla ma w tym pierwszym kraju jedną ze swoich Gigafactory.

Przeprowadzany na łapu capu, bez większej refleksji. Za pomocą e-maili, podpisywanych jako „Twitter”. Jestem pewny, że morale całego zespołu szoruje dzisiaj po dnie. Musk niby opiewa etos pracy, podkreśla potrzebę gotowości do poświęcania się dla firmy, ale gdy przychodzi co do czego, kompletnie tej pracy nie uszanował. Byli już pracownicy zostali potraktowani jak pionki.

Reklamodawcy w końcu nie wytrzymali. Musk sam przyznaje, że wpływy z reklam znacząco spadły, a duże domy mediowe odradzają markom pakowanie pieniędzy w Twittera dopóki Elon nie wyjaśni, jak naprawdę ma zamiar walczyć z dezinformacją. Taka wtopa. Jeżeli moja firma w 90 proc. przychodów wisiałaby na reklamodawcach, byliby oni pierwszymi klientami, do których skierowałbym swoje kroki. A tak Muskowi pozostaje płacz, że jego nowy nabytek przepala 4 mln dol. dziennie.

Spokojnie, Elon, będzie tego dużo więcej, jeżeli nie wymyślisz na poczekaniu jakiegoś genialnego planu. Ankiety, w których twoi fani łajają międzynarodowe koncerny za wspieranie politycznej poprawności, nie wystarczą.

Wymuszanie płatności za weryfikację konta też się zresztą nie liczy. Nikt przecież nie ma pojęcia, czy użytkownicy Twittera mają zamiar wyłożyć na nią pieniądze.

Najwięcej Muska kosztować może jednak pomyłka przy wspomnianych zwolnieniach. Bloomberg pisze, że z roboty wyleciało ciut za dużo programistów. Ci, którzy zostali, śpią teraz w biurze, bo pracy mają pod korek. Twitter pisze więc do wyrzuconych z pytaniem, czy nie chcieliby jednak wrócić, bo wiecie, głupia sprawa. Bez was nie uda się szybko wdrożyć nowych funkcji.

Jestem ciekaw, jak zareagują sami zwolnieni. Wyobraźcie sobie, że do siedziby waszej firmy wchodzi nowy właściciel. Uchachany, ze zlewem pod pachą. Strzela przemowę. Niedługo później odcina was i waszych kolegów od firmowego slacka i poczty. Dlaczego? Bo może. Bo jest was trutnie za dużo, a on musi redukować koszty. Czy w tak krótkim czasie dało się ocenić przydatność poszczególnych pracowników? Sądzę, że wątpię. Elon uwielbia wielkie, spektakularne gesty i uwagę tłumu, a rzetelną analizą trudno wzbudzić zainteresowanie kogokolwiek poza branżowymi inwestorami.

No więc wyobraźcie sobie, że wylatujecie z pracy, bo wasz nowy szef chciał zacząć robotę z przytupem. Teraz dostajecie ofertę powrotu. Co robicie? Wiecie już, ile warte jest wasze poświęcenie dla firmy. Musk lubi o tym poświęceniu mówić, ale w każdej chwili może się znudzić i znów wywali was z dnia na dzień.

Dlaczego? Haha, głuptasy, bo Musk wciąż będzie mógł

Mam jednak wrażenie, że Elon za bardzo nasiąkł starymi przyzwyczajeniami. Straszenie zwolnieniami pracowników centrali Tesli albo tym bardziej pracowników fabryk to nie to samo, co praca z inżynierami oprogramowania.

REKLAMA

Rzuciłem na początku tekstu porównanie z piłkarzami z ekstraklasy, ale pozycji zawodowej Muska bliżej jest do Leo Messiego albo Cristiano Ronaldo niż jakiegoś zawodnika Miedzi Legnica. Ten pierwszy po odejściu z FC Barcelony boleśnie zleciał z piłkarskiego olimpu i snuł się bezproduktywnie po boisku jak pierwszy lepszy junior. Messi się ogarnął, znów jest wielki i czaruje publiczność. Ciekawe, czy Muska będzie stać na takie samo odrodzenie. Szczerze? Trochę w to wątpię. Wymagałoby to od nowego szefa Twittera sporej pokory, a jego ostatnie decyzje wskazują, że mentalnie dawno odleciał. Bo uwierzenie we własny geniusz to najgorsze, co może spotkać każdy kreatywny umysł.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA