Subwencje PFR to najważniejszy program tarczy. Firmy podzielono na lepsze i gorsze
Nawet 36 tys. zł w przeliczeniu na pracownika dostaną firmy w ramach Tarczy Finansowej PFR. Najbardziej oczekiwany program tarczy antykryzysowej dostał już od Brukseli zielone światło i banki ruszają z przyjmowaniem wniosków. Większość przedsiębiorców obejdzie się jednak smakiem. Kto nie zatrudniał choć jednej osoby na umowę o pracę, nie zasłużył na uratowanie mu firmy.

Fot. Krystian Maj/KPRM
Odcięcie firm od przychodów z powodu walki z koronawirusem trwa już ponad półtora miesiąca, ale na razie przedsiębiorcy powoli (i w bólach) otrzymują bardzo ograniczoną pomoc – umorzenie składek, postojowe, czy mikropożyczkę. Szansą na realne uratowanie tysięcy firm przed bankructwem i masowymi zwolnieniami miały być dopiero subwencje w ramach Tarczy Finansowej PFR.
100 mld zł – tyle ma łącznie trafić do polskich firm, od tych mikro po największe. Na cały sektor MŚP pójdzie aż 75 mld zł, a średnia subwencja dla mikroprzedsiębiorstw ma wynieść około 80 tys. zł, maksymalnie aż 324 tys. zł. Jeśli tylko firmie uda utrzymać się zatrudnienie, do zwrotu będzie tylko jedna czwarta z całej sumy.
Nowa definicja mikroprzedsiębiorcy
Nic, tylko składać wniosek za pośrednictwem swojego banku i czekać na przelew od Polskiego Funduszu Rozwoju, który pozwoli naszej firmie przetrwać? Nie tak szybko. Pomoc wprawdzie jest skierowana także do mikroprzedsiębiorców, ale posłużono się tutaj zawężoną definicją tego terminu.
Ustawowa definicja mikroprzedsiębiorcy mówi tylko o maksymalnym zatrudnieniu (do 9 osób), ale nie stawia żadnego minimalnego progu. Tymczasem w nowym programie tarczy antykryzysowej zapisano wymóg: co najmniej jeden pracownik zatrudniony na umowę o pracę, niezależnie od wielkości etatu.

Kto załapie się, a kto nie
Co to oznacza? W największym skrócie: niesprawiedliwe dziele firm na lepsze i gorsze. Pokażę to na przykładach.
Przykład pierwszy. Księgowy od grudnia 2019 r. na symboliczną jedną szesnastą etatu zatrudnia swoją znajomą, która zyskuje dzięki temu tytuł do ubezpieczenia w ZUS-ie. Dla PFR jest to mikrofirma zatrudniająca jednego pracownika, która może wystąpić aż o 36 tys. zł subwencji, bo jej obroty spadły o co najmniej 75 proc. Jeśli przez rok nie rozwiąże umowy ze swoją znajomą, to zatrzyma dla siebie 27 tys. zł.
Przykład drugi. Firma informatyczna prężnie działa na rynku już od 10 lat, ale nigdy nie zatrudniała nikogo na umowę o pracę, ponieważ programiści zawsze bronili się rękami i nogami przed uciążliwością etatu, wybierając wolność, jaką daje praca w ramach samozatrudnienia. Wystawiasz fakturę, zgarniasz przelew – zero zobowiązań. Rynek pracownika. Niestety dla PFR ta firma informatyczna to nie mikroprzedsiębiorca, bo nie ma ani jednego pracownika etatowego. Z powodu kryzysu straciła wszystkie kontrakty, a jej obroty spadły do zera, ale subwencji nie dostanie.

Dzielenie firm na lepsze, czyli zatrudniające ludzi na umowę o pracę, oraz na gorsze, czyli dające pracę w ramach umów-zleceń czy samozatrudnienia, było już w pierwotnej wersji tarczy antykryzysowej, ale potem przepisy te zmieniono. Dzięki temu na przykład o mikropożyczkę 5 tys. zł mogą teraz wystąpić także mikroprzedsiębiorcy, którzy nikogo nie zatrudniają.
Nierówne traktowanie
Dzielenie firm na te, które dostaną dziesiątki, a nawet setki tysięcy złotych subwencji, oraz na te, które dostaną okrągłe zero, tylko na podstawie kryterium formy zatrudnienia, to rażąco nierówne traktowanie podmiotów gospodarczych. Dlaczego firmy, które wybrały inne dozwolone przepisami formy zatrudnienia, są teraz za to karane finansowo?
„Sami sobie są winni, bo mogli zatrudniać na etat, a nie kombinować z samozatrudnieniem albo śmieciówkami”. Z pewnością nie zabraknie osób, które nie zapłaczą nad losem przedsiębiorców, którzy nie dostaną publicznych pieniędzy na ratowanie swoich biznesów.
Po pierwsze, nie jest tak, że każda forma zatrudnienia inna niż etat to perfidne omijanie Kodeksu pracy. Czasem etatu nie chce sam pracownik, a często charakter pracy wymyka się sztywnemu kodeksowemu gorsetowi. Przede wszystkim warto pomyśleć o tym, że na odcięciu od subwencji nie ucierpią jedynie przedsiębiorcy, ale wszyscy ludzie, którzy dla nich pracowali.