W poniedziałek rano wyprzedaż trwa w najlepsze. Złoto przed godz. 9.00 traciło około 6 proc., a srebro blisko 9 proc. Była to kontynuacja gwałtownych spadków rozpoczętych pod koniec poprzedniego tygodnia, kiedy oba metale – tuż po ustanowieniu rekordów – zaliczyły jeden z największych zwrotów w historii notowań.

Skala ruchu wygląda jak panika. Jednak komentarze banków inwestycyjnych JP Morgan i Citi sugerują, że to „tylko” korekta wzrostowa (czyli spadki). Trzeba przyznać, że bardzo gwałtowna. Zaledwie w czwartek złoto kosztowało 5,6 tys. dolarów za uncję. W piątek ceny runęły nawet o ponad 9 proc. w jeden dzień, co było największym takim spadkiem od początku lat 80. W poniedziałek presja sprzedażowa utrzymała się, sprowadzając notowania do najniższych poziomów od ponad dwóch tygodni.
W tym kontekście opowieści o korekcie brzmią jako raczej mało wiarygodna próba tonowania nastrojów.
Wyprzedaż objęła nie tylko metale szlachetne, ale szeroko rozumiane aktywa ryzykowne. Mówi się, że impulsem była decyzja Donalda Trumpa o wskazaniu Kevina Warsha jako następcy Jerome’a Powella na stanowisku szefa Rezerwy Federalnej. Rynki odebrały ten ruch jako zapowiedź bardziej jastrzębiej polityki pieniężnej niż oczekiwano po wcześniejszych wypowiedziach prezydenta USA, co wzmocniło dolara i uderzyło w wyceny surowców.
Decyzja rynków, by sprzedawać metale szlachetne razem z amerykańskimi akcjami sugeruje, że inwestorzy postrzegają Warsha jako bardziej jastrzębiego – zauważa Vivek Dhar, strateg surowcowy Commonwealth Bank of Australia, cytowany przez Reutersa.
Srebro oberwało najmocniej
Jeśli jednak złoto zaliczyło historyczny spadek, to srebro było jego brutalnym wzmocnieniem. W poniedziałek ceny tego metalu spadały chwilami o ponad 13 proc., a w trakcie wcześniejszej sesji zanotowały największy jednodniowy zjazd w historii. To klasyczny przykład rynku, który w fazie „risk-off” traci szybciej niż złoto.
Srebro znajduje się bowiem na styku dwóch światów. Z jednej strony jest metalem inwestycyjnym, podatnym na spekulację i odpływ kapitału w momentach nerwowości. Z drugiej – coraz ważniejszym surowcem przemysłowym, kluczowym dla fotowoltaiki, elektroniki, elektromobilności i infrastruktury energetycznej. Właśnie ta podwójna rola sprawia, że jego zmienność jest znacznie wyższa.
Więcej w Bizblogu o złocie
Analitycy zwracają uwagę na jeszcze jeden element, który mógł znacząco pogłębić skalę spadków. CME (Chicago Mercantile Exchange) podniosła wymagania depozytowe dla kontraktów terminowych na metale, co zadziałało jak zapalnik. Wyższe depozyty oznaczają konieczność dostarczenia dodatkowego kapitału, a to często prowadzi do szybkiego zamykania lewarowanych pozycji. W takich warunkach wyprzedaż potrafi przyspieszyć lawinowo, dokładnie jak to widać na rynku srebra.
Banki: to korekta, nie koniec historii
Mimo gwałtownej przeceny największe instytucje finansowe nie zmieniają długoterminowej narracji. JP Morgan podtrzymuje bycze nastawienie do złota w średnim terminie, wskazując na strukturalny popyt ze strony banków centralnych i trend dywersyfikacji rezerw.
Pozostajemy zdecydowanie byczo nastawieni do złota w średnim terminie, w oparciu o strukturalny trend dywersyfikacji i przewagę realnych aktywów nad papierowymi – podkreśla JP Morgan, który nadal widzi potencjał wzrostu cen nawet w okolice 6300 dolarów za uncję.
Również Citi wskazuje, że obecne spadki nie muszą oznaczać trwałego odwrócenia trendu. Bank ocenia, że około połowa ryzyk geopolitycznych i makroekonomicznych, które wcześniej napompowały ceny złota, może w 2026 r. wygasnąć lub nie zmaterializować się w pełni. To obniża premię za strach, ale nie przekreśla długoterminowych fundamentów rynku.
Co dalej z metalami
Obraz, który wyłania się z porannych notowań i komentarzy analityków, jest spójny. Złoto traci, bo rynek gwałtownie zdjął z niego polityczną presję. Srebro traci mocniej, bo jest bardziej wrażliwe na globalne nastroje i odpływ kapitału z aktywów ryzykownych.
To jednak nie wygląda na koniec hossy na metalach, lecz na bolesne przebudzenie po okresie euforii. Rynek przypomniał sobie, że nawet najbardziej modne aktywa potrafią spadać szybko i głęboko. Banki inwestycyjne nie zmieniają jednak jednego: długoterminowej historii, w której złoto pozostaje finansowym bezpiecznikiem, a srebro – surowcem coraz mocniej wpisanym w energetykę i elektronikę przyszłości.







































