To jest historia przedsiębiorcy prowadzącego Żabkę. Ku przestrodze, bo takich historii zaraz mogą być setki tysięcy. Chciał zaoszczędzić, więc zatrudniał na umowie zlecenie, choć powinien na umowie o pracę, a teraz musi wypłacić pracownikowi gigantyczną kwotę.

Ja nawet rozumiem, że dla tego przedsiębiorcy to dramat. Pewnie nawet nie miał poczucia, żeby jakoś specjalnie oszukiwał czy kogoś okradał - przecież wszyscy tak robią. A raczej robili, bo wreszcie po latach państwo przestaje akceptować wypychanie ludzi na śmieciówki z naruszeniem Kodeksu pracy.
Na przedsiębiorców powinien paść właśnie blady strach.
Koniec wyzysku w Żabce
Ta historia pojawiła się na forum dyskusyjnym dla franczyzobiorców prowadzących Żabki. Jeden z nich został pozwany do sądu przez pracownika i właśnie przegrał, więc ostrzega innych, co może spotkać również ich.
A zatem sytuacja wygląda tak: franczyzobiorca zatrudniał człowieka na umowie zlecenie od trzech lat. Żadne to zlecenie, bo pracownik pracował według grafiku ustalonego przez przedsiębiorcę albo od 5.30 do 14.30 albo od 14.30 do 23.00, czyli zawsze więcej niż osiem godzin, a do tego jeszcze w soboty.
I tak to się kręciło, aż pracownik zebrał się na odwagę i poszedł do sądu, twierdząc, że to nosiło znamiona umowy o pracę - bo szef, który wydaje polecenia, bo stałe godziny pracy wskazane przez niego. No i oczywiście wygrał.
Jakie są tego konsekwencje? Pracodawca, który przez trzy lata zatrudniał go nieprawidłowo, musi mu zapłacić 120 tys. zł., czyli wypłacić należne mu świadczenia tak, jakby był pracownikiem etatowym za cały ten okres zatrudnienia.
Czyli tak:
- uzbierało się 80 dni zaległego urlopu, za który teraz pracownikowi trzeba wypłacić ekwiwalent 259 zł za dzień - to ok. 20 tys. zł;
- wypracowana codziennie jedna nadgodzina, która płatna jest o 50 proc. więcej niż standardowy czas pracy - to kolejne ponad 20 tys. zł;
- zaległe wynagrodzenie za 130 przepracowanych sobót - to kolejne 40 tys. zł;
- i oczywiście wyrównanie składek w ZUS za trzy lata wstecz.
No i robi się z tego 120 tys. zł do zapłaty.
„Jestem w lesie. (...) 3 lata miałem pacjenta na uz i teraz mam 120 tys do zapłaty, także uważajcie, jak i kogo zatrudniacie” - pisze franczyzobiorca.
Tusk próbował chronić takich przedsiębiorców
I takich właśnie przedsiębiorców chciał ochronić premier Donald Tusk, kiedy kilka tygodni temu nagle zablokował planowaną od miesięcy reformę Państwowej Inspekcji Pracy. Reformę, która dałaby inspektorom możliwość wydawania decyzją administracyjną nakazu przekształcenia umowy zlecenie, ale też dzieło czy B2B w etat, jeśli wykonywana praca jednoznacznie nosiłaby znamiona etatu. Bez ciągania się po sądach, co trwa średnio dwa lata.
Premier uznał, że to by zaszkodziło przedsiębiorcom. Temu jednemu i tak zaszkodziło, bo to, co szkodzi, to łamanie Kodeksu pracy, a nie egzekwowanie przestrzegania prawa.
Jak widać, i bez reformy PIP można ostro oberwać finansowo za zatrudnianie niezgodnie z prawem, tylko to wymaga determinacji pracownika, żeby ciągać się po sądach z pracodawcą. Łatwiejsza i szybsza ścieżka przywrócenia zgodnych z przepisami stosunków pracy spowodowałaby jednak, że więcej pracowników przestałoby być oszukiwanych.
I oczywiście więcej pracodawców poniosłoby srogie finansowe konsekwencje. Dane GUS pokazują, że w połowie 2025 r. wyłącznie na umowie zlecenie lub innych umowach cywilnoprawnych w Polsce pracowało 1,451 mln.
Jeśli choćby tylko 1/3 z nich zatrudniana była na śmieciówkach niezgodnie z prawem, bo to de facto etaty, pracodawcy musieliby im wypłacić łącznie ok. 20 mld zł i to za jeden rok pracy (to bardzo zgrubne szacunki bazujące na przykładzie opisanego franczyzobiorcy Żabki). A wyobraźmy sobie, że nakaz wyrównania świadczeń sięga pięć lat wstecz…
Nie dziwię się w sumie, że premiera Tusk przeraził się konsekwencji.
Więcej wiadomości na temat rynku pracy można przeczytać poniżej:
Ale teraz przerazić ponownie powinni się jednak przedsiębiorcy, którzy zatrudniają na śmieciówkach zamiast na etatach. Bo ta blokada reformy PIP wykonana przez premiera może zostać usunięta.
PIP jednak może odzyskać broń
To nie jest tak, że premier powiedział „nie” i kropka. On powiedział, że nie zgodzi się na wydawanie takich decyzji o przekształcaniu umów cywilnoprawnych wydawanych przez urzędników bez udziału sądu. I polecił, żeby minister pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk wymyśliła coś innego.
No i właśnie się dowiedzieliśmy, że wymyśliła i to wspólnie z ministrem sprawiedliwości Waldemarem Żurkiem. Jak pisze money.pl, zaproponowali oni, by inspektorzy pracy jednak mogli wydawać decyzję administracyjną nakazującą przekształcenie umowy pracownika, ale będzie ona mogła zostać zaskarżona do sądu przez przedsiębiorcę i to od razu, tymczasem poprzednia wersja projektu przewidywała odwołanie najpierw do Głównego Inspektora Pracy.
Dodatkowo zaskarżenie decyzji inspektora do sądu wstrzymywałoby wykonanie tej decyzji aż do wydania przez sąd prawomocnego wyroku.
I wiecie co? W rządzie jest wstępne zielone światło dla takiego rozwiązania. To może się udać. I w dodatku być skuteczne, mimo, że sprawy mogą i tak trafiać do sądu jak dziś. Ale kto pójdzie do sądu nie zgadzając się z decyzją inspektora pracy? Głównie ten, kto jest przekonany, że prawa nie łamał. Ten, kto wie, że jest winny powinien odpuścić, żeby nie tracić więcej czasu.
I w taki oto sposób przedsiębiorcy mający przez lata w nosie prawo pracy powinni jednak znów zacząć drżeć. A pracownicy latami oszukiwani zacierać ręce. No i jest w tym jeszcze państwo polskie, które, jak szacuje sama minister Dziemianowicz-Bąk, przestałoby w końcu tracić za bezprawnie niezapłaconych składkach kilkanaście miliardów złotych.







































