Primark traci przez koronawirusa setki milionów funtów miesięcznie. Popularna sieć odzieżowa w przeciwieństwie do wielu konkurentów nie ma sklepu internetowego. Z tego powodu od kilku tygodni nie zarobiła ani grosza.

Epidemia Covid-19 mocno uderzyła w całą branżę odzieżową. Pozamykane są galerie handlowe i sklepy umieszczone przy ulicach handlowych. Większość sieciówek ratuje się w tym trudnym czasie sprzedażą za pomocą kanału online. Internetowe zakupy biją dzisiaj rekordy popularności. I choć nie są one w stanie zastąpić sprzedaży stacjonarnej, częściowo zasypują dziury w budżetach.
Problem Primarku w czasie kryzysu polega na tym samym… co stanowiło jego siłę w czasie prosperity. Sklep sprzedaje ubrania za równowartość kilku-kilkunastu złotych. Jego przedstawiciele tłumaczyli, że gdyby Primark zaczął oferować dostawy do domu, niskie ceny byłyby nie od utrzymania.
Sieć oferuje również możliwości zamówienia towaru przez sieć i odbioru jej w punkcie stacjonarnym. Na stronie internetowej można jedynie kupić kartę podarunkową, przejrzeć asortyment i wyszukać adresy sklepów.
Primark śpi spokojnie
Właściciel Primarku, Associated British Foods, nie wykonuje na razie nerwowych ruchów. Koncern zapewnił, że zapłacił dostawcom za otrzymany asortyment. Zamierza także stworzyć fundusz, który zagwarantuje pracownikom ciągłość wypłat. Szef AB Foods George Weston przyznał jednak, że bez pomocy państwa większość z 68 tys. osób zatrudnionych w Primarku znalazłoby się na bruku.
Koncern ma 801 milionów funtów w gotówce, niedawno zaciągnął także pożyczkę w wysokości 1,09 miliarda funtów. Na jesieni tego roku planowane było otwarcie pierwszego sklepu Primarku w Polsce - w warszawskiej Galerii Młociny.