Do wzięcia jest nawet 9000 zł dopłaty do mieszkania, ale prawie nikt się nie zgłasza. Dlaczego?
Poszkodowani przez pandemię mogą otrzymać dopłaty do czynszu w wysokości nawet 1500 zł miesięcznie przez pół roku - radośnie donoszą media od kilku tygodni. Dotyczy to również najmu prywatnego mieszkań, a nawet pokoi. Wow, rząd się szarpnął - myślisz! Do zgarnięcia jest więc 9 tys. zł, ale mało kto wyciąga rękę po te pieniądze.

Dofinansowania czynszów do tej pory kojarzyły się głównie z dodatkiem mieszkaniowym, z którego korzystały osoby najuboższe zajmujące gminne mieszkania komunalne. Jak wynika z danych Rynku Pierwotnego, w 2019 r. średnia wysokość dodatku mieszkaniowego wynosiła 207 zł miesięcznie.
COVID-19 jednak spowodował, że rząd postanowił pomóc w utrzymaniu mieszkania tym, którym pogorszyła się sytuacja finansowa z powodu pandemii, oferując dopłaty również do najmu prywatnego - od tygodni donoszą różne portale.
To nowe dofinansowanie miesięcznego czynszu to maksymalnie 75 proc. jego wartości, jednak nie więcej niż 1500 zł. Ważne, że lokal musiał być wynajmowany jeszcze przed 14 marca 2020 r., a więc zanim w Polsce oficjalnie ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego. Dopłata ta przyznawana jest na okres sześciu miesięcy, więc do zgarnięcia jest maksymalnie 9 tys. zł.
To wszystko wygląda aż za bardzo obiecująco.
Komu przysługuje pomoc w opłacie najmu?
Żeby załapać się na te dopłaty, trzeba wykazać, że w wyniku pandemii pogorszyła się nasza sytuacja finansowa. Wymogi pozornie nie są wygórowane - w ciągu trzech miesięcy przed złożeniem wniosku dochody w przeliczeniu na jednego członka gospodarstwa domowego muszą być niższe o 25 proc. w porównaniu do tych z 2019 roku, a więc z okresu sprzed pandemii.
Dopłaty dotyczą nie tylko wynajmu mieszkań komunalnych, tych należących do towarzystw budownictwa, ale też najmu lokali od osób prywatnych czy firm. Wszystko wskazuje też na to, że załapać mogą się nie tylko najemcy całych mieszkań, ale również pojedynczych pokoi, co jest ważne szczególnie w przypadku młodych osób w dużych miastach, których i przed pandemią nie było stać na najem samodzielnego mieszkania, a które pracowały np. w branży gastronomicznej czy hotelarskiej na umowie śmieciowej i dziś często straciły źródło utrzymania.
I wszystko na pierwszy rzut oka wygląda całkiem zmyślnie. Wnioski o te dopłaty można składać od 5 stycznia do końca marca tego roku. Ale choć minął już ponad miesiąc od rozpoczęcia składania wniosków, okazuje się, że chętnych prawie nie ma.
„Rzeczpospolita” sprawdziła, że w Warszawie przez ponad miesiąc wpłynęło zaledwie kilkanaście takich wniosków, podobnie jak w Gdańsku. W Łodzi siedem, w Krakowie sześć a w Lublinie jeden.
Dopłata dla poszkodowanych przez pandemię to fikcja
Dlaczego tak mało? Po pierwsze, uprawnieni do dodatku w wysokości 1500 zł prawdopodobnie o nim nie wiedzą. Po drugie, to nie dopłata dla ekonomicznych ofiar COVID-u, ale okazjonalne zwiększenie dopłat dla tych, którzy już wcześniej mieli prawo do podobnej pomocy. Po trzecie, chyba nikt nie jest w stanie otrzymać tak wysokiej pomocy, a 1500 zł istnieje jedynie na papierze. Ale po kolei.
Osoby, które chcą ubiegać się o dopłatę do czynszu, muszą spełniać dokładnie te same kryteria co osoby starające się o dodatek mieszkaniowy, o czym już publicznie się nie mówiło, ogłaszając radośnie, że jest 1500+ do wzięcia. A tu podstawowe kryteria to powierzchnia mieszkania i limit dochodu.
Aby otrzymać dodatek mieszkaniowy, a więc i wysoką dopłatę do czynszu, mieszkanie nie może być większe niż 45,5 mkw w przypadku jednoosobowego gospodarstwa domowego, przy dwóch osobach to 52 mkw, przy trzech 58,5 mkw, czterech - 71,5 mkw, pięciu - 84,5 mkw, a sześciu - 91 mkw.
To nie jest zbyt dyskwalifikujące kryterium w przeciwieństwie do drugiego - dochodowego. Otóż limit dochodów ustalany jest jako 175 proc. najniższej emerytury w jednoosobowym gospodarstwie domowym i 125 proc. najniższej emerytury w gospodarstwie wieloosobowym. To oznacza, że aby dostać dopłatę do czynszu, należy zarabiać miesięcznie mniej niż 2100 zł brutto, mieszkając samemu i 1500 zł brutto w wieloosobowym gospodarstwie.
A to oznacza, że zapis, iż o dopłaty do czynszu mogą starać się również ci, którzy wynajmują mieszkanie w ramach najmu prywatnego na zwykłych rynkowych zasadach to praktyce bujda. Bo jeśli ktoś zarabia nawet minimalne wynagrodzenie, które w 2021 roku wynosi 2800 zł, do progu dochodowego się nie załapie.
Załóżmy, że ktoś zarabia 2100 zł brutto, ale na umowę o dzieło, płaci więc od tej kwoty jedynie podatek dochodowy, na rękę zostaje mu 1800 zł przy 20 proc. kosztach uzyskania przychodu. W dużym mieście trudno wynająć choćby małe mieszkanie taniej niż za 1500 zł, a więc osoby, która załapałaby się na limit dochodu i tak w praktyce nie stać na taki wynajem, przepis jest więc pusty.
Patrząc jeszcze od innej strony, żeby dostać maksymalną wysokości dopłaty - 1500 zł, całościowy koszt najmu mieszkania musiałby wynosić min. 2 tys. zł (dopłata to max. 75 proc. kosztu najmu). Jak to możliwe, że ktokolwiek, kto zarabia 2100 zł i to brutto (załóżmy, że to 1800 zł na rękę przy umowie o dzieło) mógłby wynająć mieszkanie za 2 tys. zł? To wariant dla singli.
W przypadku - powiedzmy - małżeństwa łączny maksymalny dochód to 3 tys. zł brutto (po 1500 zł na osobę). W takim wariancie, mając do dyspozycji 2600 zł na rękę do dyspozycji dla dwóch osób miesięcznie też raczej trudno założyć, że taka rodzina wynajmuje mieszkanie za 2 tysiące.
Widać więc wyraźnie, że nowy dodatek do czynszu szumnie nazywany pomocą dla poszkodowanych przez pandemię dobrze wygląda tylko na papierze i może pomóc najwyżej tym, którzy i dotąd otrzymywali pomoc. Ci, którym sytuacja pogorszyła się dopiero przez pandemię i tak zostaną zdani sami na siebie.