Branża lotnicza powoli przyznaje, że odbudowa ruchu pasażerskiego po pandemii nie będzie taką łatwą sprawą. Bieżący rok okazał się dość mizerny, a prognozy mówiące o powrocie do wyników z 2019 r. już za dwa lata przestały być aktualne.

Linie lotnicze i porty w trybie pilnym rewidują plany. I to radykalnie. Zapytany o to, kiedy ruch lotniczy powróci do poziomu sprzed pandemii, Basil Geoghegan, szef irlandzkiego operatora portów lotniczych, odparł:
Przed pandemią przez lotniska w Cork i Dublinie przewinęło się 35,5 mln pasażerów. Rok temu ta liczba spadła do 8 mln. Geoghegan przyznaje, że to dużo poniżej poziomu rentowności, który wynosi około 20 mln osób.
Wydaje się, że szef dwóch ważnych irlandzkich portów nie sądzi, by ta sytuacja szybko uległą zmianie. Apelując o podwyższenie opłat lotniczych, Geoghegan rzucił, że jego firma może nie wytrzymać trzech deficytowych lat z rzędu. A to oznaczałoby, że jego lotniska za rok o tej samej porze nie przekroczą raczej połowy wyniku z 2019 r.
Mozolna odbudowa ruchu lotniczego
Tempem odbudowy rozczarowani są też analitycy. Eksperci Bain & Company szacują, że tegoroczne globalne przychody linii lotniczych zbliżą się do tych z 2020 r. Suma 230 mld. dol. jest niższa o 5 mld. dol. od projekcji z bazowego scenariusza, który analitycy B&C opublikowali we wcześniejszej prognozie.
Mało tego, wczytując się w modele przygotowane przez analityków, widać, że w 2023 r. poziom sprzed pandemii przekroczy wyłącznie rynek azjatycki. Połączenia w Europie nie przekroczą 90 proc.
Swoje wcześniejsze przewidywania rewiduje też Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych. Na początku pandemii IATA uważała, że odrodzenie ruchu pasażerskiego nastąpi w 2023 r. Teraz organizacja celuje w rok 2024. Czołowi producenci samolotów Airbus i Boeing twierdzą, że nie spodziewają się boomu na swoje maszyny. Linie poruszają się po rynku dość zachowawczo i wciąż badają grunt.
W nieco bardziej różowych okularach na popandemiczne ożywienie patrzy za to Eurocontrol. Organizacja twierdzi, że odbudowa jest możliwa już w 2023 r., ale jednocześnie zastrzega, że w sumie może to być i 2027 r.
CPK w pandemii
W kontekście CPK istotne jest jednak co innego. Zdaniem Bain & Company najwolniejsze tempo odbudowy dotyczy połączeń między kontynentami. I tak loty do Azji mają osiągnąć na koniec 2023 r. tylko niespełna 83 proc. poziomu sprzed covidu, a do Ameryki Północnej jeszcze o pół punktu procentowej mniej.
Tymczasem megalotnisko w Baranowie projektowane jest jako hub, miejsce w którym pasażerowie przesiadają się z samolotu do samolotu na dłuższych trasach. Popyt na połączenia do USA, Korei czy Chin będzie mu potrzebny do życia jak tlen. Nie mówiąc już o tym, że CPK ma być siedzibą LOT-u, który – nie ukrywajmy – największe zyski czerpie właśnie z podróży Polaków do Stanów Zjednoczonych.
Zarząd CPK powinien przygotować się na poważną rozmowę o skutkach, jakie koronawirus ma i będzie miał dla branży lotniczej. Zaklęcia w stylu: zbudujemy port dopiero w 2027 r. są coraz mniej przekonujące. Przypomnijmy, że w pierwszej wersji uchwały „Polityka rozwoju lotnictwa cywilnego w Polsce do 2030 r. (z perspektywą do 2040 r.)”, zarząd nie uwzględnił wpływu pandemii, powołując się m.in. na raporty IATA z 2019 r.
Uchwała jest obecnie w trakcie konsultacji. Pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała deklaruje, że zaktualizowana wersja będzie zawierać prognozy, które wpływ pandemii już odnotowały. Trzymajmy kciuki. Bez tego dyskusja o centralnym lotnisku jest nie tyle niekompletna, co całkowicie mija się z celem.