Puste półki z makaronem, papierem toaletowym i mięsem mielonym na początku pandemii zwiastowały dobry rok dla sieci handlowych. I tak rzeczywiście było. Biedronka zanotowała duże wzrosty sprzedaży, kosząc z polskiego rynku dziesiątki miliardów złotych.

Największe sieci handlowe w Polsce potrafią się dobrze ustawić niezależnie od tego, z której strony wieje wiatr. Gdy rząd wprowadzał niehandlowe niedziele, by chronić drobnych przedsiębiorców, Biedronka z Lidlem przeprowadziły zmasowane akcje promocyjne zachęcające do robienia zakupów w sobotę.
Efekt? Dzień przed zakazem handlu sklepy pękały w szwach, a sklepikarze narzekali, że obroty w niedziele wcale nie są takie rekordowe, a poniedziałki to już prawdziwy dramat. Obkupieni po weekendzie Polacy do sklepów po prostu nie zaglądali. Biura Analiz Sejmowych pokazało te obserwacje w formie twardych danych – po wprowadzeniu regulacji małe podmioty odnotowały spadek przychodów nawet do 30 proc.
Pandemia? Dla Biedronki żaden problem
Kolejny cios dla gigantów polskiego handlu miał nadejść wraz z pandemią. W badaniu IPSOS przeprowadzonym po pierwszym lockdownie 62 proc. Polaków zadeklarowało, że woli robić zakupy w mniejszych sklepach. Bo to bardziej patriotyczne, bo wspieramy przedsiębiorców zamiast przebrzydłych zagranicznych korporacji, bo wolimy polskie produkty.
I co? I Biedronka znów jest górą. Deklaracje deklaracjami, ale w całorocznym bilansie finansowym żadnej niechęci do sieci nie widać. Wręcz przeciwnie. Wstępne wyniki pokazane przez Jeronimo Martins wskazują, że w 2020 r. Biedronka wypracowała przychód na poziomie 13,46 mld euro (ok. 60,5 mld zł), o 6,7 proc. więcej niż w roku 2019.
Biedronka wciąż napędza cały biznes Jeronimo Martins. W ubiegłych 12 miesiącach odpowiadała za 70 proc. sprzedaży całej grupy. Świetny, pod względem przychodów, był dla niej ostatni kwartał, w którym wzrost przekroczył 10 proc. r/r.
Obserwując poczynania Biedronki, można dojść do wniosku, że 2021 r. będzie dla niej jeszcze lepszy. Sieć otwiera średnio 10 nowych sklepów miesięcznie. Rok zakończyła z liczbą 3115 placówek. To więcej niż cała jej bezpośrednia konkurencja razem wzięta.
Lidl i Dino betonują rynek
A jeśli jesteśmy już przy konkurencji, należałby wspomnieć również o Lidlu. Niemiecki dyskont rozlicza się trochę inaczej, podając wyniki za rok finansowy, który skończy się wraz z końcem lutego. Ostatnie wyniki nie obejmują okresu pandemii. Spółka wypracowała wtedy przychody w wysokości 21,7 mld zł, co oznaczało wzrost o 18,4 proc.
W październiku „Wiadomości Handlowe” podały, że sieć ma już 750 sklepów. W ciągu roku rozrosła się więc o 50 placówek. W porównaniu z Biedronka może niewiele, ale pokazuje dalszą tendencję do betonowania rynku detalicznego. Coraz mniej w nim miejsca na małe, niezależne sklepy, bo powietrze zabierają im handlowi giganci.
Z tezą o zagranicznym kapitale niszczącym polskich przedsiębiorców bym się nie rozpędzał. Największą dynamikę wzrostu ma obecnie Dino, należące do Tomasza Biernackiego. Tylko w pierwszym półroczu sieć osiągnęła przychody ze sprzedaży na poziomie 4,7 mld zł, czyli o 33,9 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 r.
Zakaz handlu i pandemia przyspieszają więc proces, który wydaje się nie do uniknięcia. Polaków ciągnie w stronę znanych szyldów i promocji, co w nieunikniony sposób prowadzi do stopniowego znikania drobnych sklepikarzy z naszych ulic. Czy to źle? Wybory konsumenckie naszych rodaków wskazują, że tak naprawdę mało komu to przeszkadza.