Nie puściliśmy niczego na żywioł, nie postawiliśmy na odporność stadną – Anders Tegnell zachowuje godną podziwu cierpliwość, prostując mity o „szwedzkim modelu” walki z epidemią COVID-19. Szwecja konsekwentnie trzyma się swojego specyficznego „wirtualnego lockdownu”, ale pewnym odstępstwem od tej polityki są nowe lokalne obostrzenia w mieście Uppsala, które notuje szybszy wzrost liczby zakażeń.

Fot. Flickr/Prachatai (CC BY-NC-ND 2.0)
Silniejszy nacisk na zasady dystansu społecznego czy zwiększenie skali pracy zdalnej to przykłady nowych zasad, jakie przez dwa tygodnie mają obowiązywać w położonym na północ od Sztokholmu mieście Uppsala, gdzie zanotowano szybszy niż w reszcie kraju przyrost zakażeń COVID-19. Szwedzkie władze epidemiczne nie wykluczają, że podobne działania mogą dotyczyć innych regionów kraju.
Choć Szwecja notuje zauważalny przyrost przypadków zakażeń, to na tle Polski i większości pozostałych krajów europejskich trudno mówić o nagłym pogorszeniu sytuacji epidemicznej. Średnia liczba nowych przypadków to wciąż znacznie poniżej tysiąca dziennie. We wtorek 20 października zanotowano ich 882 w tym 10-milionowym kraju.
Szwecja i Belgia, czyli dwa światy epidemiczne
Dla porównania: w Polsce (przy około dwukrotnie mniejszej liczbie testów per capita) we wtorek mieliśmy ponad 10 tys. przypadków. To zresztą mniej więcej tyle, ile średnio występuje w ostatnich dniach w Belgii (11,5 mln mieszkańców), która obecnie notuje katastrofalną eksplozję epidemii. Swoją drogą ten kraj bardzo źle znosi porównanie ze Szwecją, ponieważ pomimo polityki surowych obostrzeń z kretesem przegrywa nawet pod względem liczby zgonów z powodu COVID-19, a to właśnie ten parametr jest piętą achillesową Szwecji.

Patrząc na obecny niekontrolowany wybuch epidemii w Europie i względny spokój panujący w Szwecji, łatwo wyciągnąć wniosek, że to ten skandynawski kraj obrał właściwą strategię walki w COVID-19 i teraz zbiera owoce. Taki triumfalizm jako pierwszemu mógłby się udzielić Andersowi Tegnellowi, szefowi szwedzkiej agencji zdrowia publicznego. Po miesiącach znoszenia oskarżeń o darwinizm (pozdrowienia dla prof. Łukasza Szumowskiego), a nawet ludobójstwo, jego naturalną, ludzką reakcją mogło być: a nie mówiłem? A jednak nie, on nawet nie zbliża się do takiego tonu.
Wirtualny lockdown
Szwedzki epidemiolog podkreśla, że jego kraj najpierw nie wprowadzał, a następnie nie znosił lockdownu jak inne kraje, a zamiast tego wprowadził znośne w życiu codziennym zasady, których konsekwentnie się trzyma. Tegnell wielokrotnie podkreślał, że w walce z COVID-19 trzeba stawiać na długofalowe efekty. „Wprowadziliśmy wirtualny lockdown i nadal się tego trzymamy. To nam pozwala być nieco bardziej pewnymi, że nie nastąpią u nas gwałtowne zmiany” – mówi.
Antycovidowcy z całego świata zrobili sobie ze Szwecji maczugę, którą jako argumentem ostatecznym próbują okładać przeciwników w rozmaitych dyskusjach, wskazując, że ten kraj „puścił wszystko na żywioł i jakoś korona go omija”. Anders Tegnell nawet stał się ich idolem i symbolem oporu przeciw „światowemu spiskowi fałszywej pandemii”, ale 64-letni Szwed konsekwentnie i stanowczo zaprzecza, że puścił wszystko na żywioł i wyjaśnia, że jego strategią wcale nie było postawienie na stadną odporność.
Odporność stadna? To byłby duży błąd
Tak jak inni epidemiolodzy, Tegnell tłumaczy, że strategia odporności stadnej jest błędna z jednego powodu: szybki i niekontrolowany wzrost liczby zachorowań błyskawicznie doprowadziłby do katastrofy systemu ochrony zdrowia. „Jeśli da się tego uniknąć, to trzeba to zrobić” – stwierdza.
Szwecja jako jedyny kraj w Europie nie zamknęła firm, obiektów sportowych, szkół czy urzędów, a rząd ograniczył się do wydania zaleceń, by zachować dystans i pracować – o ile to możliwe – w domu, zdając się gównie na poczucie odpowiedzialności obywateli. Z zakazów wcale nie zrezygnował. Mało osób zdaje sobie sprawę, że na przykład zakaz publicznych zgromadzeń powyżej 50 osób obowiązuje w Szwecji niezmiennie od 29 marca.
Jednym z powodów krytyki Andersa Tegnella jest brak obowiązku zakładania maseczek w przestrzeni publicznej, ale epidemiolog nadal jest przekonany, że to właściwa strategia. Tłumaczy, że maseczki dają fałszywe poczucie bezpieczeństwa i zachęcają do skracania dystansu społecznego, który uważa za kluczowy środek powstrzymywania transmisji wirusa.
A co z wiosenną falą zgonów w Szwecji, która jest argumentem numer jeden dla przeciwników „modelu szwedzkiego”? Premier Szwecji Stefan Löfven przyznał, że państwo poniosło na tym polu porażkę, bo pomimo najlepszych intencji niewystarczająco ochroniło najsłabszych. Początkowo pracownicy tamtejszych DPS-ów nie zakładali maseczek i rękawiczek. Anders Tegnell także przyznaje, że nie wszystko zrobiono tak, jak trzeba, ale upiera się, że za falę zgonów w domach opieki nie odpowiada brak lockdownu.
Duńczycy chwalą
„Związek pomiędzy strategią a śmiertelnością nie jest prosty. Ciężko będzie stwierdzić, co zadziałało, a co nie” – mówi. Tegnell podaje przykład Malmö, które leży nad cieśniną Sund naprzeciw Kopenhagi. Choć po szwedzkiej stronie panowały luźniejsze zasady, szybsze rozprzestrzenianie się wirusa i wyższa śmiertelność wystąpiła po duńskiej stronie.
Co ciekawe, nawet niektórzy duńscy epidemiolodzy oceniają, że Szwecja poszła właściwą drogą. „Myślę, że ogólnie zrobili dobrze, choć nie od samego początku” – powiedział BBC prof. Kim Sneppen z Uniwersytetu Kopenhaskiego. „Pełny lockdown to za dużo. Trzeba przede wszystkim powstrzymać superroznosicieli i to Szwecja zrobiła. Najważniejsza decyzja to było ograniczenie liczebności spotkań do 50 osób” – podkreślił.