Nastał dobry czas na zamykanie kopalń. Czy epidemia uzdrowi polskie górnictwo?
Pandemia koronawirusa to zjawisko, które zdefiniuje rzeczywistość ekonomiczną polskich spółek energetycznych i paliwowych być może nawet w perspektywie średniookresowej. Czego możemy się spodziewać?

COVID-19 to nie sezonowy katar, ale najpoważniejszy od 2008 r. kryzys globalnej gospodarki. Pod wieloma względami znacznie groźniejszy od poprzednika, bo ograniczający mobilność ludzką i tradycyjny model funkcjonowania firm oparty na pracy w obrębie biura lub zakładu. Skutki na tym etapie ekspansji wirusa są trudne do przewidzenia. Na domiar złego polski rząd zdaje się reagować na rozwój nowej choroby na obszarze kraju ad hoc.
Władze skupiają się na utrzymaniu wydolności służby zdrowia, ograniczaniu ognisk nowej choroby i jej rozprzestrzeniania się, zapewnieniu dostępu do żywności czy rozwiązywaniu podstawowych kwestii socjalnych.
Brakuje szerszej perspektywy, państwo zawodzi.
Właściwie jedynie minister Jadwiga Emilewicz zwraca uwagę na potrzebę wypracowania dużego pakietu pomocowego dla firm, nad którymi gromadzą się czarne chmury. Brakuje jednak konkretów, a czas ucieka. Spróbujmy zatem pokusić się o wyartykułowanie kilku z nich.
W historii świata wielokrotnie przeprowadzano duże zmiany gospodarcze pod osłoną kryzysów. Opór społeczny jest wtedy niewielki, a ruchy, na które mogą sobie pozwolić władze, radykalne. Sytuacja wokół COVID-19 może być idealną sposobnością do załatwienia kilku drażliwych spraw w spółkach skarbu państwa.
Przede wszystkim i bez globalnej pandemii, która zaczyna wpędzać świat w recesję, było widać, że górnictwo znajduje się na granicy utraty płynności finansowej. Niskie ceny węgla ujawniły wszystkie patologie branży, których nie udało się naprawić po 2015 r. Efektywność kopalń pozostaje niska, poziom nowych inwestycji niewielki, a żądania płacowe rosną.
W dobie szybko postępującej pandemii koronawirusa można sprawnie zrestrukturyzować branżę. Zakaz zgromadzeń i bliska perspektywa ograniczeń w poruszaniu się po kraju w zasadzie likwiduje najbardziej radykalne formy protestu górników. Globalna nadpodaż surowca ułatwia natomiast jego pozyskanie, gdyby wstrzymali fedrowanie. Sytuacja jest korzystna także z perspektywy informacyjnej. Społeczeństwo jest skupione na wirusie, na kwestiach zdrowotnych, zaopatrzeniu siebie w podstawowe produkty. Czy w takiej sytuacji media skupiałyby się na zamknięciu nierentownych części firm górniczych? Śmiem wątpić. Dziennikarze uznaliby to wręcz za racjonalne, biorąc pod uwagę ogrom ciosów gospodarczych spadających na Polskę.
Drodzy czytelnicy, jestem oczywiście świadomy perspektywy wyborów prezydenckich i logiki politycznej, jaką kieruję się partia władzy. Jednak tak naprawdę nie wiemy, jak rozwinie się sytuacja z COVID-19.
Pociągnijmy moją prowokację intelektualną.
Każdy kontrakt zawarty przez polskie spółki paliwowe posiada klauzulę force majeure (fr. siła wyższa). Pozwala ona zawiesić, a nawet rozwiązać umowę w przypadku zaistnienia nadzwyczajnych okoliczności, takich jak wojna. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że światowa pandemia wpisuje się w tę definicję. Do czego zmierzam?
Dyskusja o najdroższym kontrakcie gazowym Europy zawartym pomiędzy PGNiG i Gazpromem towarzyszy nam od lat. Polska chciałaby się od niego uwolnić w 2022 r. m.in. dzięki budowie gazociągu Baltic Pipe. Być może to dobry moment, aby firma nieco sobie ulżyła i na chwilę odłożyła na bok kamień, który spoczywa u jej szyi w dobie ekstremalnie taniego gazu?
Sytuacja spowodowana światową ekspansją koronawirusa nałożyła się na wyjątkowo ciepłą zimę. W efekcie w całej Europie mamy wysoki stan zapasów gazowych, a w ujęciu globalnym bardzo dużą nadpodaż LNG. Dla niemal wszystkich odbiorców błękitnego paliwa to wymarzona sytuacja (w przeciwieństwie do eksporterów). Niestety PGNiG z powodu kosztownego kontraktu jamalskiego się do nich nie zalicza. A gdyby skorzystał z zapisów klauzuli force majeure i zażądał obniżenia dostaw bądź ich zawieszenia na kilka miesięcy?
Brakujące ilość koncern mógłby wypompować z magazynów, a mniejszy import (lub jego chwilowy brak) z Rosji poprawiłby wyniki finansowe PGNiG.
Podobny ruch może wykonać PKN Orlen.
Dzięki ekstremalnie taniej ropy najpierw płocki koncern może dokonać zakupów krótkoterminowych taniej ropy z rynku i ulokować ją w magazynach PERN (to byłby też dobry sprawdzian, ile z nich zostało przezornie zarezerwowanych przez Rosjan), a za dwa, trzy miesiące zmienić strategię i powołać się w relacjach z firmami rosyjskimi (Rosnieft i Tatnieft) na dynamiczną sytuację związaną z COVID-19 i ograniczyć import w oparciu o klauzulę force majeure.
Takie przykłady można mnożyć. Niestety oprócz woli politycznej w przypadku spółek skarbu państwa potrzebna jest jeszcze wiedza, którą zarządy we współpracy z odpowiednimi ministerstwami powinny wygenerować w okresie spokoju na sytuację kryzysową. Czy nasze szuflady są pełne pomysłów? Czy dobra zmiana zdała egzamin? I wreszcie rzecz najważniejsza – czy znajdzie się więcej komentatorów, którzy zadadzą takie pytania?
Piotr Maciążek: publicysta specjalizujący się w tematyce sektora energetycznego. W 2018 r. nominowany do najważniejszych nagród dziennikarskich (Grand Press, Mediatory) za stworzenie fikcyjnego eksperta Piotra Niewiechowicza, który pozyskał wrażliwe informacje o projekcie Baltic Pipe z otoczenia ministra Piotra Naimskiego. Autor książki "Stawka większa niż gaz" (Arbitror 2018 r.), współautor książki Młoda myśl wschodnia (Kolegium Europy Wschodniej 2014 r.). Obecnie pracuje nad kolejnym tytułem – tym razem dotyczącym polskich służb specjalnych.