„Ludzie są wk***ieni, sfrustrowani i załamani” – tak o branży turystycznej na łamach „Gazety Wyborczej” mówi sam burmistrz Karpacza. Wk***ieni są szczególnie hotelarze i mówią „dość”. Część z nich nadal oferuje w internecie noclegi, nie zważając na zakaz przyjmowania gości nawet w podróży służbowej, inni zaraz zaczną udawać hotele robotnicze, reszta chce iść do sądu pozwać państwo.

Z ankiety Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego wynika, że w listopadzie 88 proc. obiektów hotelowych zanotowało średnią frekwencję gości poniżej 20 proc., a 60 proc. nawet poniżej 10 proc. Frekwencję powyżej 30 proc. zadeklarowało zaledwie 6 proc. hoteli.
Jest naprawdę źle. Dotąd branża hotelowa zwolniła już 40 proc. pracowników, a więc ok. 80 tys. osób i twierdzi, że potrzebuje blisko 2,2 miliarda zł pomocy finansowej, by przetrwać do wiosny. Już teraz 84 proc. ankietowanych hoteli ma lub deklaruje, że w najbliższym czasie będzie miało, trudności związane z utrzymaniem płynności finansowej.
A będzie jeszcze gorzej, bo rząd zdecydował, że od 28 grudnia co najmniej do 17 stycznia w ramach tzw. kwarantanny narodowej hotele mają być zamknięte nawet dla gości w podróży służbowej, nie licząc medyków, służb mundurowych i robotników.
To efekt desperacji rządu, który doskonale wiedział, że Polacy za nic mają zakazy podróżowania w celach rekreacyjnych i udają, że nocują w hotelu służbowo, a i hotele, zdesperowane miesiącami obostrzeń udawały, że tych oszustw nie widzą.
I tak doszliśmy do momentu, w którym obustronna frustracja wybuchła. Rząd w końcu zamknął hotele na kłódkę, a hotele chcą iść do sądu, pozywając Skarb Państwa.
Hotelarze szykują pozwy
Marek Łuczyński, prezes Polskiej Izby Hotelarzy na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” zapowiedział, że branża szykuje pozwy indywidualne. Rozważała nawet pozew zbiorowy, ale po konsultacji z prawnikami okazało się, że takowy ma niewielkie szanse. Rzecz w tym, że hotelarze nie tylko są sfrustrowani tym, że nie mogą działać, ale również tym, że nie objęła ich pomoc ostatniej tarczy finansowej 6.0, a obietnice Jarosława Gowina na razie ciągle są puste.
Przy okazji warto jednak przypomnieć, że w ramach tarcz 1.0 i 2.0 hotelarze otrzymali wsparcie szacowane na 2 mld zł.
I tak oto realizuje się scenariusz, którego rząd od miesięcy unika, nie wprowadzając stanu nadzwyczajnego. Dlaczego tego nie robi? Najczęściej spekuluje się, że właśnie w ten sposób chce uniknąć wypłaty odszkodowań. O takowe za straty majątkowe poniesione w efekcie ograniczenia praw obywatelskich w czasie stanu nadzwyczajnego mogliby się ubiegać nie tylko przedsiębiorcy, ale i wszyscy obywatele. Wiosną właściwie tę teorię potwierdził Jarosław Gowin, mówiąc, że „Polski nie stać na stan klęski żywiołowej”.
Jednak być może Polskę musi stać na odszkodowania przynajmniej dla siłowni, które już złożyły pozew i dla branży turystycznej, której pozew grupowy ma wpłynąć do sądu jeszcze przed końcem roku.
Wysyp hoteli robotniczych
Cześć hotelarzy jeszcze walczy i mimo zakazu chce przyjmować gości. „Gazeta Wyborcza Trójmiasto” pisze, że właściciel kilku dużych obiektów noclegowych z Trójmiasta i Półwyspu Helskiego już teraz zapowiada, że kiedy tuż po świętach zakaz przyjmowania gości „w podróży służbowej” wejdzie w życie, na rynku pojawi się mnóstwo hoteli pracowniczych, bo te zwykłe po prostu zmienią kody PKD.
„Jeden z kolegów zapowiedział, że napisze na booking.com: »Przyjmę do pracy wszystkich ludzi, również tych, którzy chcą świadczyć pracę twórczą, np. pisanie wierszy« - mówi Wyborczej jeden z pomorskich hotelarzy. „On nie ma nic do stracenia, bo nie dostał wsparcia z PFR, nie ma oszczędności, dla niego to jego jedyna szansa, aby przetrwać”. - dodaje.
I choć to branża turystyczna jest ostatnio tą, która najgłośniej krzyczy, domagając się pomocy, to z pewnością nie jest jedyną, która próbuje obchodzić zakazy wydawane przez rząd.
Jeden z przedsiębiorców z Lublina, który na co dzień oferuje usługi holowania zepsutych pojazdów, zaoferował właśnie w internecie usługę transportu w sylwestra, kiedy obowiązuje godzina policyjna w godz. 19.00-6.00. W tych godzinach zakazane jest przemieszczanie się poza zaspokojeniem niezbędnych potrzeb życiowych jak np. wizyta w aptece dyżurnej po pilnie potrzebne leki. Albo… powrót do domu, kiedy zepsuje się samochód.