REKLAMA
  1. bizblog
  2. Biznes
  3. Praca

Sześciogodzinny dzień pracy to przeżytek? Im więcej zarabiamy, tym krócej musimy pracować

Zarabiamy coraz więcej, więc chcielibyśmy pracować nieco mniej. Normalna sprawa. Polscy pracodawcy wciąż mają jednak gigantyczne opory przed skracaniem wymiaru czasu pracy. Czy Polaków stać już na 6-godzinne dni pracy i wolne piątki?

24.06.2019
10:33
Praca 6h dziennie w Polsce. Czy to realne? Eksperci są optymistami
REKLAMA

Gdy założyciel agencji Social Tigers Franciszek Georgiew pochwalił się na naszych łamach, że w jego firmie 6-godzinny dzień pracy funkcjonuje od dawna i – co więcej – jest efektywny, zachwytom nie było końca.

REKLAMA

Czytaj też:

Na razie jego naśladowców jednak za bardzo nie widać. Sam Georgiew przyznaje zresztą, że nie widzi szans, by model przyjęty w jego agencji stał się powszechny. Jego zdaniem sprawienie, by ¾ czasu pracy nie równało się ¾ samej pracy, wymaga od zespołu dużej mobilizacji. A to jest możliwe tylko przy zrekrutowaniu odpowiednich pracowników i wypracowaniu właściwej organizacji pracy.

Nieco podobne podejście ma inna polska firma – Nozbe. Jej szef, Michał Śliwiński wychodzi z założenia, że programiści są w stanie pracować efektywnie przez kilka godzin dziennie. Dlatego w piątki wypuszcza ich do domu dokładnie w samo południe.

Mimo poparcia dla skrócenia czasu pracy, czytając teksty na ten temat na nazwy Social Tigers i Nozbe będziemy natrafiać regularnie. Dlaczego?

W Polsce nikt nie spieszy się, by iść w ich ślady

Swego czasu podjąłem się szukania przedsiębiorstw, które, poskracały czas pracy, ale nie są tak medialne, jak wyżej wymienione. Efekty były znikome. Od jednego z pracodawców usłyszałem, że w piątki i tak nie potrafi zmusić swoich programistów (szukałem głównie w branży IT) do pracy, więc zamawia im pizze. Ale by to raczej swego rodzaju rytuał niż jawna polityka firmy. Twardej deklaracji: „Pracujemy mniej, bo tak postanowiliśmy” nie usłyszałem.

Nic dziwnego. O 6-godzinnym dniu pracy wiele osób mówi, ale mało kto widział, jak on w praktyce wygląda. A przykłady z zagranicy raczej nie zachęcają.

Najbardziej spektakularnym przykładem jest Francja. W 1999 roku rząd zdecydował o ustawowym zmniejszeniu tygodniowej liczby godzin do 35. Co się stało dalej? Firmy zaczęły ochoczo korzystać z możliwości wykorzystywania nadgodzin – w szczytowym momencie decydowało się na to 41 proc. pracodawców. Pracownicy byli również kuszeni wydłużeniem urlopu w zamian za zachowanie 39h tygodnia pracy.

Nie bez znaczenia okazało się też to, że państwo pozostawiło dowolność firmom, które zatrudniały do 20 osób. A, że te nie paliły się do skracania dniówki, to ostatecznie w słynnym 35h reżimie pracowało ok. 10 mln Francuzów. W ten sposób pod względem przeciętnej liczby przepracowanych godzin Francuzi potrafili wyprzedzać średnią dla strefy euro. A miało być tak pięknie.

Fiaskiem zakończył się też słynny eksperyment w Szwecji. W Goeteborgu pracownicy domu opieki wychodzili do domu po 6 godzinach. Okazało się, że choć personel rzadziej brał zwolnienia chorobowe, to zaczęło brakować rąk do pracy. Zatrudniono 17 dodatkowych osób, co w ciągu 2 lat przełożyło się na wzrost funduszu płac o 5,5 mln zł. Lokalni politycy stwierdzili, że to jednak trochę za dużo.

Postulat 6-godzinnego dnia pracy przepadł nawet w Norwegii

W 2015 roku taki postulat wzięli na sztandary związkowcy. Konfederacja przedsiębiorców szybko im się odgryzła, dowodząc, że taka polityka wykończy firmy eksportujące za granicę, bo ich koszty pójdą w górę o 20 proc.

Tym ogólnokrajowym przykładom, przeciwstawiane są czasami jednostkowe sukcesy, np. ten odniesiony przez zarząd Toyoty. Koncern w swoim oddziale w Goeteborgu wprowadził dwie zmiany – 6-12 i 12-18. Zyski poszły w górę o 25 proc., a system ten funkcjonuje już od kilkunastu lat. 6-godzinny dzień pracy chwali sobie też szwedzka firma Filimundus.

Skupienie się przez 8 godzin na danym zadaniu jest sporym wyzwaniem. Aby się z nim uporać, staramy się urozmaicać sobie pracę czy robimy sobie przerwy, aby być bardziej wydajnymi – stwierdził w rozmowie z The Independent jej szef Linus Feldt.

I gdy na podstawie tych dwóch przypadków światowe media zaczęły się rozpędzać, że oto tutaj, w Szwecji, na naszych oczach dokonuje się wielka rewolucja, zapał zaczęli hamować… sami Szwedzi.

Międzynarodowe media oszalały z powodu tego, że szwedzcy pracodawcy wprowadzają sześciogodzinny dzień pracy, ale dla tych z nas, którzy żyją w krajach nordyckich, ten szum ma niewiele wspólnego z rzeczywistością — oponowała redaktorka The Local Maddy Savage.

Trudno jednocześnie nie zauważyć, że choć postulaty ścięcia 8 czy 10 godzin tygodniowo wydają się dzisiaj radykalne, to stopniowo, z dekadę na dekadę, pracujemy jako społeczeństwo coraz mniej. W 2007 r. pełnoetatowcy w Polsce pracowali 43 godziny. W ubiegłym roku już tylko 38,7. Podobna tendencja występuje w całej Unii Europejskiej, gdzie czas pracy skrócił się w tym czasie o jakąś godzinę z niecałych 42.

Jestem zwolennikiem skracania czasu pracy. Polacy obok Greków i Rosjan pracują najdłużej w Europie: 1800 godzin rocznie, podczas gdy Niemcy 1200. To drastyczna różnica. To ma przełożenie na stan zdrowia i na fakt, że po osiągnięciu wieku emerytalnego rzadko, kiedy decydujemy się pracować dalej - powiada bizblog.pl Łukasz Komuda z Fundacji Analiz Ekonomiczno-Społecznych

Ekspert zauważa, że każde ograniczenie czasy pracy wydawało się trudne do wprowadzenia w skali całej gospodarki. Jego zdaniem, piłeczka leży teraz po stronie państwa. - Przypomnijmy, że soboty jeszcze za czasów PRL-u były pracujące. Sukces zależy w sporej mierze od wprowadzenia nowego ładu prawnego i pilnowania, by był on przestrzegany – twierdzi.  

Tylko w czterech krajach UE ustawowy tygodniowy czas pracy jest krótszy niż 40 godzin. To nie ustawy pozwalają pracować krócej, ale naturalne procesy rynkowe. Jeżeli chcemy pracować krócej, to powinniśmy wspierać wzrost gospodarczy. Im szybciej zamkniemy lukę rozwojową w stosunku do Europy Zachodniej, tym szybciej ci z nas chcący pracować krócej, będą mogli sobie na to pozwolić – oponuje Rafał Trzeciakowski  z FOR.

Według niego wraz ze wzrostem zarobków ludzie coraz bardziej cenią czas wolny. Im więcej zarabiamy, tym krócej musimy pracować, żeby się utrzymać i częściej wybieramy pracę na część etatu. W Europie Zachodniej nie tylko najsłabsi decydują się na krótszą pracę. Inaczej trudno byłoby wyjaśnić fakt, że w Holandii 74 proc. kobiet pracuje na część etatu.

W wysokoproduktywnych gospodarkach pracownik wytwarza w ciągu godziny kilkukrotnie więcej dóbr i usług, niż jest w stanie pracownik w Polsce. Dlatego więcej zarabia i może pracować krócej – opowiada Trzeciakowski.

Polakom do siły nabywczej przeciętnego Brytyjczyka, Francuza wciąż jednak bardzo daleko. Zdaniem Łukasza Komudy to jeden z czynników, który zniechęca naszych rodaków do upominania się o większą ilość czasu wolnego.

Polacy nie wierzą, że pracodawcy skrócą czas pracy bez cięcia wynagrodzeń

Ekspert mówi też, że , że potencjał mamy przecież bardzo duży. Nawet jeżeli polskie firmy będą musiały zatrudnić dodatkowych pracowników, nie sprawi to, że firmy staną się niekonkurencyjne. Pod względem niskich kosztów pracy jesteśmy w czołowej „5” w Europie z dużą rezerwą do średniej unijnej.

Lata po rozpoczęciu przygody ze skracaniem czasu pracy, wychodzi na to, że sprawdziła się ona dotychczas tylko w określonych okolicznościach. A przecież, choć nie wprost, o taką zmianę apelował już w zamierzchłym 1937 r. filozof Bertrand Russell. W swoim eseju pod tytułem „Pochwała próżniactwa” snuł rozważania:

„Przypuśćmy, że w danej chwili pewna liczba robotników zajmuje się produkcją szpilek. Ludzie ci wyrabiają wszystkie szpilki, jakich świat potrzebuje, pracując — powiedzmy — osiem godzin dziennie. Pewnego dnia ktoś robi wynalazek, dzięki któremu ta sama liczba ludzi może wyprodukować dwa razy więcej szpilek niż dotychczas.

Ale świat nie potrzebuje więcej szpilek; szpilki są już tak tanie, że ich sprzedaż nie powiększy się prawie wcale, jeśli obniży się ich cena. W świecie rozumnym każdy, kto trudni się produkcją szpilek, zacząłby pracować cztery godziny zamiast ośmiu, a wszystko poza tym zostałoby po staremu.

Jednak w świecie rzeczywistym uznano by to za demoralizację. Wszyscy pracują nadal osiem godzin, szpilek jest za dużo, część przedsiębiorców bankrutuje i połowa ludzi zatrudnionych przy produkcji szpilek traci pracę. W rezultacie otrzymujemy tę samą ilość wolnego czasu, co w systemie racjonalnym, z tą tylko różnicą, że gdy jedna połowa ludzi nie ma nic do roboty, druga nadal się przepracowuje.”

REKLAMA

I całkiem możliwe, że po niespełna 100 latach od opublikowania tych słów, staną się one nieco mniej aktualne. Zdaniem Komudy jest to wręcz logiczne następstwo drogi, którą obraliśmy po 1989 roku.

Skoro zdecydowaliśmy się na kapitalizm, to po powiedzeniu „A”, trzeba powiedzieć „B”. W miejsce firm, które nie potrafią się zorganizować w taki sposób, żeby odpowiednio wykorzystać dostępne ręce do pracy, pojawią się nowe. Takie, które będą robiły to sprawniej. I które będą lepiej zarządzać, ludźmi, a to w tej chwili jest duża bolączka polskich firm. Choć system pracy jest coraz bardziej zadaniowy, Polacy wciąż robią dupogodziny. W naszym kraju menedżer lubi wyjść na open space i podziwiać swoje królestwo – puentuje ekspert.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA