Szpitalom w stolicy grozi zapaść, medycy się buntują. I nie chodzi im tylko o felerne polisy na życie
Kilka dni temu ministerstwo zdrowia wykupiło w PZU polisy na życie dla lekarzy walczących z COVID-19. W razie zakażenia koronawirusem ubezpieczyciel wypłaci 5 tys. zł, w razie śmierci - 100 tys. zł. Rząd jednak objął ochroną ubezpieczeniową jedynie służby medyczne pracujące w szpitalach przyjmujących zakażonych koronawirusem. Samorządy zawodów medycznych są oburzone i piszą list do premiera, by ubezpieczył wszystkich.

Rząd sięgnął do kieszeni i postanowił wykupić personelowi medycznemu pracującemu w sieci szpitali jednoimiennych (inaczej pseudozakaźne, dzisiaj wytypowane do tego przyjmować tylko chorych na COVID-19) polisy ubezpieczeniowe na wypadek zakażenia koronawirusem i śmierci. Ochroną zostali objęci lekarze, pielęgniarki, położne, farmaceuci i pozostały personel medyczny oraz ich bliscy, którzy pozostają z nimi we wspólnym gospodarstwie domowym albo po prostu z nimi mieszkają.
Ile rząd wydał na polisy zawarte z PZU? Tajemnica!
Nie wiadomo. Wiadomo, że ochrona ubezpieczeniowa przewiduje wypłatę 5 tys. zł w przypadku zakażenia SARS-CoV-2 oraz 100 tys. zł w przypadku śmierci. Medycy zostali ubezpieczeni na okres od 16 marca 2020 r. do 15 marca 2021 r.
Zrobił się jednak raban, że rząd dzieli medyków na lepszych i gorszych, bo postanowił ubezpieczyć jedynie tych pracujących z szpitalach jednoimiennych. Samorządy zawodów medycznych 1 kwietnia wystosowały apel do premiera, by rząd zadbał o wszystkich.
„Ryzyko uszczerbku na zdrowiu, a nawet utraty życia, jakie przyjmują na siebie w pierwszej kolejności lekarze, lekarze dentyści, pielęgniarki i położne, diagności laboratoryjni, fizjoterapeuci, farmaceuci, ratownicy medyczni, a także inny personel medyczny zaangażowany w niesienie pomocy pacjentom w okresie epidemii koronawirusa SARS-CoV-2, wymaga natychmiastowych działań osłonowych, które powinny zapewnić niezbędne wsparcie finansowe na wypadek zachorowania lub śmierci” -
– czytamy w apelu do premiera Morawieckiego.
Pielęgniarki: to skandal!
Samorządy zawodów medycznych chcą, by rząd wykupił polisy dla medyków pracujących we wszystkich szpitalach. Ryzyko w szpitalach niededykowanych do leczenia koronawirusa będzie rosło z dnia na dzień, bo szczyt epidemii dopiero przed nami. Do szpitali już teraz zgłaszają się pacjenci, u których dopiero po czasie wykrywa się koronawirusa. W międzyczasie zaś mogą zarażać innych pacjentów na oddziale i personel medyczny. Sytuację pogarsza fakt, że w szpitalach niededykowanych do walki z koronawirusem dla personelu brakuje środków ochrony osobistej.
„A u nas jak zwykle selekcja. To tak jakby w pozostałych szpitalach nie zgłaszali się chorzy z sars covid. Przecież my jesteśmy jeszcze bardziej narażone, już pomijam, że tam poszedł sprzęt i ochrona typu kombinezony, maski itp, a u nas maseczki się wydziela. To skandal!”
- cytuje jeden z komentarzy portal pielegniarki.info.
SARS-CoV-2 szaleje w Bródnowskim
Przykład? Szpital Bródnowski w Warszawie, który nie był szpitalem jednoimiennym. Doszło tam do zakażenia ok. 80 osób - lekarzy, pielęgniarek i pacjentów. Około 500 osób z tego szpitala poddanych jest kwarantannie.
Wcześniej wirus pojawił się także w Szpitalu Czerniakowskim w Warszawie, w Nowym Mieście nad Pilicą, a w Mazowieckim Szpitalu Klinicznym na radomskim Józefowie liczba zakażeń pacjentów i personelu może już dochodzić do 100.
Ostatnio Koronawirus wkradł się też do szpitala miejskiego w Sosnowcu, gdzie zakażonych jest już 14 osób. Kalisz, Toruń, Krotoszyn…
„Polska The Times” pisze, że to już epidemiczne domino. „Co kilka godzin zamykany jest w Polsce oddział szpitalny lub cały szpital”, a „placówki ochrony zdrowia stają się wylęgarnią wirusa”.
Personel medyczny czuje się zagrożony nie tyle ze względu na brak ubezpieczenia, ile przede wszystkim ze względu na bezsilność. Brakuje dostępu do testów, a deficyt środków ochrony osobistej powoduje, że kolejne oddziały szpitalne padają jak muchy i za chwilę nie będzie miał nas kto leczyć nie tylko na koronawirusa, a wyrostek robaczkowy może stać się śmiertelny.
Ponoć Warszawę od paraliżu służby zdrowia dzieli już tylko zamkniecie jednego, dwóch dużych szpitali.