Świat już nie będzie taki sam? Nieprawda! Nadal będziemy bawić się i pić na umór, bo inaczej wszystko runie
Wyobraźcie sobie efekt lockdownu: ludzie przestają gonić za pieniędzmi, doceniają przyrodę, wyższe wartości, szanują zasoby Ziemi, a największym marzeniem każdego jest pokój na świecie, w związku z czym udaje się go osiągnąć. Raj w niebie? Nie. Katastrofa, która zaorałaby cały świat, który opiera się na tym, że człowiek od zawsze chce mieć więcej i więcej. I w najbliższym czasie rządy państw będą robić wszystko, żeby nam nie przyszło do głowy rzucić ten konsumpcyjny styl życia.

„Burza minie, ludzkość przetrwa, większość z nas nadal będzie żyła - ale zamieszkamy w innym świecie” - pisze na łamach „Financial Timesa” Yuval Noah Harari, historyk i profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie.
Nie on jeden twierdzi, że świat po pandemii koronawirusa już nigdy nie będzie taki sam. Jaki więc będzie? Często wizje przedstawią go jako raj w niebie: ludzie przestają gonić za pieniędzmi, doceniają przyrodę, wyższe wartości, szanują zasoby Ziemi, a największym marzeniem każdego jest pokój na świecie, w związku z czym udaje się go osiągnąć.
Macie chwilę, to obejrzyjcie:
W tej chwili być może wiele osób przytakuje, myśląc, jak to pięknie, że się zatrzymaliśmy w tym pędzącym dotąd świecie. A zatrzymaliśmy się niebagatelnie. Objęta jakąś formą kwarantanny - mniej lub bardziej restrykcyjną - jest już połowa ludzkości. To naprawdę robi wrażenie.
Więcej. To nie tak, że przetrzymamy jakoś jeszcze 2-3 tygodnie lockdownu i wracamy do swoich spraw. Niedawno ekspert WHO, dr Dale Fisher z Uniwersytetu w Singapurze przestrzegał, że tzw. social distancing może trwać nawet rok. Wystarczająco długo, żeby zmienić swoje nawyki, nauczyć się żyć inaczej? Lepiej?
„Mam nadzieję, że nastąpi przemyślenie naszego zachodniego stylu życia. Czy musisz w weekend lecieć do Londynu na zakupy? Czy musisz spędzić Boże Narodzenie na Malediwach? Czy każdego dnia w powietrzu musi znajdować się 200 tys. samolotów?” – pytał niedawno Christoph Schönborn, metropolita Wiednia.
Podobne pytania zadają sobie lewacy, cykliści, weganie, buddyści, ateiści i wszyscy inni. A więc może to już czas. Będziemy w końcu mniej konsumować, bo zrozumiemy, że do szczęścia nie jest nam potrzebna kolejna sukienka albo nowy, jeszcze droższy samochód? W związku z tym mniej pracować, poświęcając więcej czasu rodzinie i przyjaciołom? A więc i tym samym mniej produkować, bo już nie będzie sensu wypuszczać w sieciówkach 12 kolekcji ciuchów rocznie? Wszyscy będą szczęśliwi, przeganiając demona konsumpcjonizmu, a Ziemia zacznie się powoli odradzać, kiedy przestaniemy ją dusić smogiem z fabryk.
No to teraz się obudźcie, bo to się nie wydarzy! Na pewno nie teraz, bo do tego potrzeba gospodarczych zgliszczy, a nie jakichś tam kłopotów, choćby bardzo poważnych.
To tylko chwilowa kwarantanna konsumpcjonizmu
Dlaczego? Doskonale wyjaśnia to Natalia Hatalska, znana polska analityczka trendów, która podjęła dyskusję z inną znaną światową analityczką trendów - Li Edelkoort. Wywiad z Edelkoort w ostatnich tygodniach przetoczył się przez cały świat, twierdzi ona bowiem, że epidemia koronawirusa doprowadzi do „globalnej recesji na niespotykaną wcześniej skalę”, ale ostatecznie pozwoli ludzkości zresetować swoje wartości, dlatego „powinniśmy być wdzięczni za tego wirusa.”
Ludzie od zawsze chcieli mieć więcej – pisze Hatalska. I to właściwie mogłoby zamknąć całą tę dyskusję. Ale warto pokazać na to dowody.
Po pierwsze, badania pokazują, że człowiek pierwotny pracował około 12 godzin tygodniowo, co wystarczało mu na zaspokojenie podstawowych potrzeb jak jedzenie, ubranie i schronienie. W latach 60. XX wieku H.D. Thoreau udowadniał, że współczesnemu człowiekowi na zaspokojenie tych podstawowych potrzeb wystarczałaby praca jeden dzień w tygodniu.
Po drugie, Matt Ridley w książce „Czerwona Królowa”, w której tłumaczy ludzkie zachowania społeczne z punktu widzenia biologii, udowadnia z kolei, że drogi samochód dla mężczyzny jest tym, czym ogon dla pawia - zbytkiem z biologicznego punktu widzenia, w dodatku drogim w utrzymaniu, ale budującym status, który ponoć ma świadczy o tym, że jest on dobry partnerem seksualnym.
Po trzecie, to wcale nie jest domena XX wieku. Hatalska przywołuje toskańskie miasteczko San Gimignano z przełomu XIII i XIV wieku, które nazywane jest średniowiecznym Manhattanem, bo słynie z pięknych wysokich wież. To był ten pawi ogon - im ktoś był bogatszy, tym większą wieżę budował, wznosząc dom. Byle wyższą od sąsiada. Byle się pokazać, że ma się więcej.
Po czwarte, co my teraz zamknięci w domach robimy? Naprawdę nagle zaczęliśmy rozmawiać z dziećmi na egzystencjalne tematy? Naprawdę zaczęliśmy czerpać przyjemność z rozmów filozoficznych z żoną czy mężem? Czy jednak oglądamy nałogowo seriale na Netfixie i korzystamy z cyfrowych zasobów Berlińskich Filharmoników, skoro chwilowo zostały udostępnione za darmo? A może wybieramy się na wirtualne spacery po najpiękniejszych budowlach świata albo choćby po lesie?
Wcale nie przestaliśmy konsumować, robimy to tylko inaczej, przenosząc się do internetu. Najlepszym dowodem jest fakt, że Amazon planuje zatrudnić 100 tys. pracowników i to tylko w USA, bo nie wyrabia się z zamówieniami.
Wzrost jak heroina, bo cały system opiera się na długu
Co by się jednak stało, gdybyśmy rzeczywiście, w co nie wierzę, opanowali się i zaczęli znacznie rozsądniej konsumować? Rozsądniej, znaczy dużo mniej niż dotychczas.
„Cała światowa gospodarka zależy od konsumenta; jeśli przestanie on wydawać pieniądze, których nie ma, na rzeczy, bez których mógłby się obyć, będziemy załatwieni” - pisze analityk megatrendów Marcin Popkiewicz na łamach „Krytyki Politycznej”. I ma 100 proc. racji.
W ostatnich tygodniach instytucje finansowe i analityczne prześcigają się w prognozach, jak bardzo skurczy się PKB w tym czy innym kraju. Kiedy mowa i recesji rzędu 6 czy 10 proc. w krajach rozwiniętych, to brzmi jak scenariusz katastroficzny. Ale właściwie dlaczego? To przecież oznacza, że nasze samoograniczenie zmniejszy konsumpcję o te 6-10 proc., a to przecież niewiele. No dobrze, to uproszczenie, bo o tyle de facto zmniejszy się nie tylko konsumpcja, ale i inwestycje, bo to przede wszystkim te dwa czynniki odpowiadają za wzrost PKB. Ale nadal…
No właśnie, „wzrost PKB” - ciągle powtarzamy. Ale oderwijmy się od ziemi na chwilę i zastanówmy, czy jeśli PKB nie rośnie z roku na rok, a utrzymuje się na tym samym poziomie, to źle, jeśli kraj i tak już jest wystarczająco bogaty, a ludziom żyje się dobrze? Czy naprawdę gospodarka musi ciągle rosnąć?
Otóż musi. Zauważyliście, że ekonomiści tak bardzo boją się choćby myśli o kurczeniu się gospodarki, że nawet to kurczenie nazywają „ujemnym wzrostem gospodarczym”? Świat jest uzależniony od tego wzrostu, bo opiera się na długu.
„Prawdziwych pieniędzy” w światowym systemie finansowym jest może 15-20 proc., reszta to pieniądz wirtualny generowany jako dług, który jest tylko zapisem na czyimś koncie. Cały ten światowy system opiera się więc na oprocentowanym długu.
Chcecie zobaczyć, jaka jest skala tego zjawiska? Zajrzyjcie tu, ale najpierw usiądźcie.
To dane z 2015 roku, zmiany, jakie od tamtej pory nastąpiły, nie zmieniają zasadniczo obrazu sytuacji, co najwyżej na jeszcze gorszy.
Samoograniczenie konsumentów grozi katastrofą?
To uzależnienie światowego systemu od długu powoduje zasadniczą implikację: nieważne, jaka jest wartość PKB, ważne, jaka jest jego dynamika. Bo kiedy dłużnik spłaca kapitał powiększony o odsetki, ale tort, którym jest cała gospodarka, rośnie, jego rata jest niewielką częścią tortu. Ale kiedy tort okazuje się mniejszy niż rok wcześniej, spłata długu staje się proporcjonalnie większa częścią tortu. Kiedy gospodarka przestaje rosnąć, albo rośnie zbyt wolno, dłużnicy po prostu nie są w stanie obsługiwać swojego długu i bankrutują.
I zaczyna się tworzyć pętla. Jeden element bankrutuje, ludzie tracą pracę, więc mniej konsumują, bo ich na to nie stać. Spadek konsumpcji powstrzymuje firmy przed inwestycjami i wydatkami, co zaraża dekoniunkturą inne sektory gospodarki. Te zwalniają kolejnych ludzi, rośnie bezrobocie, konsumpcja znowu spada, PKB jeszcze bardziej się kurczy, coraz więcej ludzi przestaje spłacać swoje zobowiązania w bankach, kryzys dotyka sektor bankowy, a spirala nakręca się jeszcze mocniej.
Pojawia się deflacja o wiele groźniejsza od inflacji. W międzyczasie rządy państw próbują stymulować gospodarkę do wzrostu, obniżając stopy procentowe, stopy rezerw bankowych, pompując na rynek pieniądze. Wszystko po to, żeby ożywić popyt konsumpcyjny. Miliony ludzi są bez pracy, gospodarki w ogromnym kryzysie, ale system nadal trwa.
Ale co, jeśli ten popyt nie da się już ożywić, bo jego spadek nie wynika z przyczyn ekonomicznych, ale z nagłej zmiany stylu życia ludzkości, jak sugerują dzisiejsi optymiści? Cały system się w końcu wali. Świat, który znamy, przestaje istnieć.
Czy to się wydarza właśnie teraz? Nie, bo ludzie nadal marzą o tym, kiedy znów będą mogli jeść, pić i bawić się na umór w knajpach, podjeżdżając pod nie nowym samochodem. Część nie będzie tego mogła robić, bo w wyniku epidemii stracą pracę. Ale reszta wróci do swojego konsumpcyjnego stylu życia najszybciej jak to możliwe. A rząd będą w tym pomagać, byle jak najszybciej wrócić na ścieżkę wzrostu gospodarczego i nadal zmierzać w otchłań. Bo w końcu to wszystko jednak runie. Im później, tym bardziej będzie bolało.