Ceny usług stomatologicznych wybuchły Polakom w twarz. Dentyści nie mają dla nas litości
Medycy doliczają dodatkowe opłaty covidowe, przenosząc na nas koszty maseczek czy płynu do dezynfekcji, który musi być do dyspozycji przy wejściu gabinetów. Ale jedni doliczają za to 10 zł, inni 350 zł, na co zwracał uwagę już nawet UOKiK. A prawnicy dodają, że klienci nie zawsze są informowani o dodatkowych opłatach przed wykonaniem usługi. Są po prostu robieni w balona.

Byliście ostatnio u dentysty? I co, zbieraliście szczękę z podłogi?
Warszawa. Cena małej plomby rok temu: 200 zł. Cena dziś: 300 zł. Niezła podwyżka, ale to jeszcze nic.
Rutynowy przegląd zębów dzieci rok temu: 50 zł. Dziś: 100 zł. Ale do tego jeszcze opłata covidowa: kolejne 50 zł. W sumie 150 zł zamiast dotychczasowych 50 zł. Nie wspominając, że nikt o dodatkowej opłacie przed wykonaniem usługi nie napomknął.
Tak właśnie radzą sobie medycy świadczący w pandemii prywatne usługi, a problem nie dotyczy jedynie stomatologów.
Największe podwyżki w Europie
W kwietniu i maju nastąpił gigantyczny skok cen usług medycznych nastąpił. Dane GUS pokazują, że ceny prywatnych usług lekarskich wzrosły o ponad 9 proc., a stomatologicznych o ponad 14 proc. r/r. Jak pokazują z kolei dane Eurostatu, wzrosty te były jednymi z największych w Europie. Tylko Litwinów dotknęły większe podwyżki niż Polaków.
I ok, niby każdy przedsiębiorca ma prawo kształtować swój cennik jak mu się podoba. Ale jednak ta sytuacja już w czerwcu ubiegłego roku zaniepokoiła nawet UOKiK. Do urzędu zaczęły bowiem napływać skargi konsumentów dotyczące właśnie opłaty covidowej.
UOKiK podjął się wówczas kontroli i stwierdził, że dodatkowe opłaty wynikające z wymogów sanitarnych dotyczyły 30 proc. placówek medycznych. Biały wywiad pokazał, że pacjenci z tytułu opłaty covidowej muszą płacić średnio o 70 zł więcej za prywatne usługi medyczne. Ale ciekawe, że opłata ta była ekstremalnie zróżnicowana, a UOKiK twierdzi, że wahała się od 10 aż do 350 zł!
Jakoś trudno mi uwierzyć, że koszty maseczek, płynów do dezynfekcji i najbardziej wymyślnych środków ostrożności przekładają się na koszty aż 350 zł na jednego pacjenta.
Prawdopodobnie po prostu medycy w opłatach tych odbijają sobie przestój spowodowany lockdownem i tym, że mają mniej klientów, bo kto może, przesuwa wizytę na bezpieczniejsze czasy. Pacjentów mniej, więc ceny muszą być wyższe.
To zresztą było widać też późną wiosną i latem w restauracjach. Ceny ewidentnie podskoczyły, bo restauratorzy musieli nadrobić jakoś czas, w którym nie mogli działać i mniejszą liczbę gości po odmrożeniu ich działalności. Ciekawe swoją drogą, jak mocno skoczą ceny w knajpach po drugim lockdownie…
20 tys. zł kary to za słaby straszak?
Przerzucanie na pacjentów kosztów bezpieczeństwa sanitarnego to jedno, ale to, że informuje się ich o tym dopiero po wykonanej usłudze to drugie. Przed tym właśnie przestrzega UOKiK, informując, że kontrole w tym zakresie może prowadzić Inspekcja Handlowa, a jak wykryje nieprawidłowości, ma prawo nałożyć na przedsiębiorcę 20 tys. zł kary.
Te groźby najwyraźniej nie do końca pomogły.
„Kiedy już byłam pod wpływem znieczulenia podeszła do mnie pielęgniarka prosząc o podpisanie dodatkowego pisma. Gdy zapytałam o co chodzi powiedziała, że to zgoda na pokrycie dodatkowych kosztów związanych choćby z dezynfekcją narzędzi. Ostatecznie cena plomby wyniosła 350 zł. Bardziej bulwersuje mnie jednak fakt samego oświadczenia. Na fotelu dentystycznym, pod wpływem środków przeciwbólowych nie bardzo miałam możliwość wyboru. Z drugiej strony czemu mam dodatkowo płacić za coś, do czego przecież dentyści są zobowiązani. Mówimy o dezynfekcji narzędzi, a niestety ceny i tak już wzrosły i do dużo”
- żali się na łamach portalu prawo.pl jedna z pacjentek.
I słusznie się żali, bo stomatolog z warszawskiej Pragi, który zrobił jej taką niespodziankę nie miał prawa się tak zachować. Skoro, według kontroli UOKiK, opłatę covidową stosuje 30 proc. placówek, pacjentka mogłaby wybrać taką, w której nie poniesie dodatkowych kosztów. Tyle, że siedząc już na fotelu ze znieczuleniem nie bardzo miała taki wybór.
Sprytny zyskuje dwa razy
Co jeszcze ciekawsze, przedsiębiorcy prawdopodobnie sprytnie zyskują na tej opacie dwa razy. Bo przecież zaliczają sobie wydatki poniesione na podniesienie standardów sanitarnych do kosztów uzyskania przychodu, a mimo to i tak te same koszty przerzucają na pacjentów. A to nie koniecznie zgodne z prawem.
„Wydaje się, że przedsiębiorca mógłby, albo zaliczyć określone wydatki do kosztów uzyskania przychodów, albo obciążyć konsumenta tymi wydatkami. Gdyby zdecydował się na obydwa te rozwiązania, takie rozliczenie mogłoby zostać zakwestionowane przez urząd skarbowy”
- twiedzi na łamach prawo.pl Sebastian Kałuża, aplikant adwokacki doradca podatkowy w Zespole ds. PIT KPMG
Ktoś wierzy, że przedsiębiorcy nie korzystają z okazji, żeby dodatkowe wydatki odliczyć od podatku? Ja nie bardzo.