Paweł Schmidt pierwsze podchody pod pracowakacje robił dwa lata temu. Bez większych efektów. Polacy nie mogli albo nie chcieli siedzieć przy komputerze w otoczeniu plaż, basenów i bezchmurnego nieba. Wszystko zmienił koronawirus.

Skoro i tak nie musimy chodzić do biura, to może warto byłoby popracować z miejsca, gdzie jest cieplej i przyjemnie?
– pyta retorycznie Paweł Schmidt
Polski przedsiębiorca w trakcie pandemii zaczął organizować grupowe wyjazdy na pracowakacje w miejsca, w których restrykcje covidowe są mniej dotkliwe niż w Polsce. Początkowo zainteresował swoim pomysłem tylko grupkę znajomych, projekt szybko poszedł jednak w świat. Dzisiaj ze Schmidtem jeździ już kilkunastoosobowa grupa freelancerów, etatowców i właścicieli startupów, a on sam na fali popularności, zarezerwował sobie domenę pracowakacje.pl i rozpuszcza wici.
Jedną z nich podłapały korporacje. Firmy rozważają wysyłanie za granicę całych działów, liczących po 20-30 osób.
Oderwanie pracowników od pandemicznego marazmu w kraju ma być nagrodą dla najbardziej efektywnych. To rodzaj benefitu pracowniczego
– opowiada Schmidt
Nazw zdradzać jednak nie chce. Same firmy, mówi, też będą chciały pozostać incognito.

Rajska praca zdalna
Pracowakacje przez długi czas funkcjonowały w formie ciekawostki. Część szefów nie wyobrażała sobie, by wypuścić swojego podwładnego pod palmy, bojąc się spadku produktywności. Sami pracownicy czy freelancerzy też nie palili się do wyjazdów.
Laptop postawiony koło basenu w świetle zachodzącego słońca fajnie wygląda na zdjęciach z Instagrama. W rzeczywistości narzekali „wakacjopracujący”, piasek wchodzi pod klawiaturę, na plaży panuje hałas, a światło słoneczne odbija się od ekranu, utrudniając pisanie i czytanie.
Schmidt postanowił podejść do tego tematu inaczej. Pierwsze doświadczenia zebrał, organizując wyjazd do Izraela. Jak mówi, na próbę. Zainteresowanie było stosunkowo małe. Skupił się więc na działalności swojego biura turystycznego - głównie wyjazdach w małych grupach na Islandię.
Po wybuchu pandemii i ta opcja stała się niemożliwa do zrealizowania. Zamknięcie granic i wprowadzenie kwarantanny dla turystów sprawiło, że kilkudniowe wycieczki stały się kompletnie nieopłacalne.
Właśnie wtedy przedsiębiorca wrócił do pomysłu pracy połączonej z wakacjami. Wraz z kilkunastoosobową grupą wyjechał na Teneryfę. Na miejscu, wspomina, okazało się, że można żyć niemal jakby covidu nie było. Uczestnicy szybko przyzwyczaili się do otwartych knajp, plaż, trekkingów po górach i pływania kajakami.

Okazało się, że wycieczki to także sposób na poznanie nowych osób. - Namiastka przyjścia do biura, wyjścia z jaskiń, jakim stały się nasze mieszkania po wprowadzeniu lockdownu
– mówi Schmidt.
Plan na wyjazd jest zawsze ten sam. Organizator bierze kilka apartamentów obok siebie lub dom. Są powierzchnie wspólne, każdy pracuje, kiedy chce. Po godzinach czas na rekreację. Uczestnicy starają się więc w miarę możliwości synchronizować godziny pracy, by móc popołudniami spędzać czas we własnym towarzystwie.
W trakcie wyjazdu powstało już kilka deali i współprac. Od dekady zajmuję się marketingiem i póki co moi klienci również pochodzą właśnie z tej branży
– opowiada Paweł Schmidt.
Krótka lista destynacji
Co po Teneryfie? Plany obejmowały wypad na Islandię. Wiele osób zrezygnowało jednak przez obowiązek odbycia 5-dniowej kwarantanny. Na Islandii świeżo przybyłym turystom zabrania się przebywania wśród ludzi, ew. spacery są dozwolone tylko przy zachowaniu dystansu społecznego. Ostatecznie zebrała się grupa 12 osób. Pięć z nich tuż przed wyjazdem trafiło na izolacje. Wyjazd przestał mieć sens.
W zamian Schmidt ze swoją grupą zostaje dłużej na Teneryfie. Za trzy tygodnie rusza na miesiąc do Meksyku. Restauracje są otwarte do 23.00, trzeba tylko dojść do stolika w masce. Przed wejściem do sklepu należy odkazić buty. Poza tym życie toczy się normalnie, zachwala.
Później uczestników czeka powrót na Teneryfę. W perspektywie jest również Maroko, które niedawno otworzyło się na turystów, i Grecja.
Liczba destynacji, zwraca uwagę pomysłodawca, jest jednak mocno zawężona. Mocno popularny wśród Polaków Zanzibar nie nadaje się do pracy zdalnej. Przerwy w dostawach prądu zdarzają się dwa razy dziennie. Takie blackouty trwają nawet kilka godzin. Prędkość transferu również pozostawia wiele do życzenia. Z tego samego powodu odpada też Madagaskar.

Piasek i morze? Co to za praca?
Warto też wspomnieć, że chętni mierzą się z kilkoma trudnościami. Twórca grupowych pracowakacji zauważył, że mniej więcej jedna czwarta klientów narzeka, że ich kontrahenci wykonują pracę zdalną… spoza swoich mieszkań i biur coworkingowych.
Jedna z kontrahentek skarżyła się, że szkolenie jest prowadzone z basenu. W tle palma. W kamerze nie było tego widać, ale sama świadomość wystarczyła jej do negowania wartości usług
– wspomina Schmidt.
Dla części zainteresowanych zaporowe okazują się również ceny. Teneryfa na trzy tygodnie wraz z biletami i zakwaterowaniem to około 7 tys. zł. Miesiąc w Meksyku to od ok. 10 tys. zł – wylicza przedsiębiorca. Maroko wyjdzie na poziomie 5 tys. za trzy tygodnie – prognozuje.
Dla indywidualnych uczestników takie sumy mogą okazać się nie do przeskoczenia. Przynajmniej w masowej skali, bo właśnie w taką mierzy przedsiębiorca. W odwodzie ma już pilotów wycieczek, którzy poradzą sobie z organizacją pracowakacji w wielu zakątkach globu jednocześnie.
Jeżeli jednak do gry wejdą wspomniane korporacje, może się okazać, że ledwo będzie wyrabiał z popytem. Wydaje się tym jednak zbytnio nie przejmować. Praca pod palmami stała się jego tymczasowym sposobem na życie.
Do kraju na razie się nie wybieram. Myślę, że w podróżach będę co najmniej do końca roku
– puentuje.