Mówili: to będzie super impreza, ekstra muzyka, nieziemskie dekoracje, jedź, nie pożałujesz. Mówili: pal licho pieniądze, żyje się raz, przynajmniej się wyrwiesz z domu. Posłuchałem ich. Niepotrzebnie.

Od lat ceny wydarzeń muzycznych puchną jak na drożdżach. Bilety za koncerty, czy parodniowe festiwale potrafią bez większego problemu wyczyścić niejeden portfel. Na szczęście, coraz częściej za rekordowymi stawkami idzie też coraz lepsza jakość. Organizatorzy starają się jak mogą, żeby uczestników zachęcić do ponownych odwiedzin i słuchania muzyki w tym samym anturażu. Płacisz dużo, ale też sporo wymagasz i dostajesz to czego oczekujesz za takie a nie inne pieniądze. Wydaje się, że to uczciwy dil. Niestety, ciągle bywa jednak tak, że droga strona czegoś nie dowozi i zostaje nam kiepskie wspomnienie po beznadziejnej imprezie i konto uszczuplone o kilka stów, jak nie lepiej. Właśnie to mnie spotkało w klubie muzycznym Progresja w Warszawie.
Muzyka to nie wszystko. Poznałem klub Progresja i przykro mi
Lubię każdy rodzaj muzyki, prawie. Wychowałem się na mocnym rocku, dżemowym bluesie, metalowe brzmienie też mnie przez lata kształtowało. Od kilku dobrych lat interesuję się dosyć niszowym rodzajem muzyki - psytrance. Ubóstwiam to brzmienie, ten klimat, tych ludzi i taniec, w którym potrafię się zanurzyć na wiele godzin. Nawet mam od znajomych pseudo „stały element parkietu”. A że mój serdeczny i dobry kolega sam jest DJ’ejem, to dzięki jego uprzejmości (jako tzw. plus jedynka) w ostatnich latach udało nam się uczestniczyć w kilkunasty tego typu imprezach w Polsce i za granicą.
Psytrance jest różny. Bywa bardziej mroczny, ale też melodyjny. Może być szybciej lub wolniej, jak kto woli. Takie imprezy najczęściej zaczynają się od downtempa, jakiegoś chillu, coś z house, a potem przyspieszamy do białego rana. Z żoną lubimy podobnych artystów. Światową legendą downtempa jest szwedzki duet Carbon Based Lifeforms. Już w zeszłym roku okazało się, że w 2026 r. dają dwa koncerty w Polsce, jeden w Krakowie, drugi w Warszawie. W tym warszawskim za after odpowiadał ukochany przez nas CJ Art.
Wybór okazał się więc prosty. Bilety niezbyt tanie. 180 zł od osoby, za 6–7 godzin zabawy. Od godz. 21–22 (tak mieliśmy pociąg) do 4 rano. Kupiłem w tajemnicy, zrobiłem żonie prezent, ucieszyła się. Wcześniej poczytałem w sieci opinie o klubie Progresja, zagadałem też w redakcji, gdzie jest kilka osób z Warszawy. Rekomendacja była prosta: jedź, będziesz zadowolony. I pojechałem, ale zadowolony nie jestem wcale.
Klub zarabia na kaucjach z butelek, a ty płacisz za kaucję za kubek
Już pal licho chamskiego obmacywanie przez ochronę (na podstawie jakich przepisów prawa?). Już nie będę się też czepiał, że żonie bez słowa jedna z pań na bramce z tzw. nerki wyciągnęła tabletki na ból głowy i snickersa i kazała te rzeczy wyrzucić do kosza. Trudno, taka widać moda w Warszawie, co zrobić. Pewnie mają tutaj na miejscu w cholerę jedzenia, dlatego batona nie pozwalają wnieść - tak kombinujemy z małżonka, absolutnie nie przyzwyczajeni do takich standardów. Może za wysokie progi, kto wie.
Nie będę się też znęcał nad męskimi ubikacjami, w których kabiny miały pozbawione często zamki. Rozumiem, że tak publika się integruje. Nie znałem tego sposobu, szanuję. Chciałbym za to skoncentrować się na tym, co z żoną dostaliśmy w zamian za spore - jak dla nas - pieniądze. O bilecie już wspominałem, wejście w dwójkę do warszawskiej Progresji kosztowało nas w sumie 360 zł. Ale przyjechała gwiazda zagraniczna, after zabezpieczał CJ Art - nie ma co marudzić.
Tylko, że to dopiero początek naszych koncertowych wydatków. Ochrona, która traktuje gości jak snopy siana, kieruje nas do szatni. Tutaj też tanio nie jest - 10 zł za haczyk, ale jest pułapka. Bo jak chcesz wyjść na chwilę na zewnątrz i w tym celu pobrać już raz zostawioną kurtkę - to płacisz znowu. 2 zł za każde wyjście. Dosyć kosztowna przygoda i ryzykowna. Bo na wejściu do Progresji jest jeszcze informacja: jednorazowe wejście jest na jeden bilet. Czyli drugi raz na ten sam bilet już nie wejdziesz. Wychodzisz na własne ryzyko, wracając spotkać kumatego ochroniarza - wejdziesz, a jak nie - to koniec imprezy. Proste?
Wracam do wspomnianego snickersa, wyrzuconego na bramce. W Progresji w ten wieczór czynne były w sumie 4 bary. W żadnym nikt nie serwował nic na ciepło. A na zimno? Nachosy. I tyle. Czemu w takim razie nie mogliśmy wejść z batonem? Nie mam zielonego pojęcia. Zamiast jedzenia każdy bar za to ugina się pod ciężarem alkoholu. Ciut dziwne w przypadku imprez elektronicznych, to przecież nie te klimaty. Ale przecież trzeba na czymś klientów czesać. Z żona postanowiliśmy skupić się na gazowanej wodzie mineralnej. Cena za pół litra? 13 zł, wiadomo, Warszawa. Ale doliczają jeszcze 10 zł kaucji za plastikowy kubek.
Na barze barman lub barmanka przelewają do niego wodę z butelki, którą potem klub oddaje do butelkomatu i tak na kaucji zarabia ponownie. A ty masz pół litra wody w kubku za 23 zł. Załóżmy, że pijesz taką wodę raz na godzinę, więc w ciągu 6–7 godzin imprezy wydasz na to w Progresji od 78 do 91 zł plus kaucja 10 zł. Jedna osoba. Dwie osoby to już wydatek 200 zł na gazowaną wodę mineralną, w stolicy Polski.
Największy klub muzyczny w Polsce i najmniejszy profesjonalizm
Ale takie ceny dla jednych mogą być astronomiczne, ale dla innych jak najbardziej przystępne. Po cholerę się czepiasz? Nie stać cię? To nie jedź, proste jak konstrukcja cepa. Opiszę może w takim razie, co dostaliśmy w zamian za te wszystkie pieniądze (do których kosztów podróży z Katowic z litości nie doliczam). Słyszałem, że klub Progresja jest największym tego typu klubem w Polsce. I tam wystąpiła taka gwiazda jak Carbon Based Lifeforms.
Pomny swoich wcześniejszych doświadczeń na tego typu imprezach spodziewałem się niesamowitych dekoracji, które tylko podbiją czarodziejski klimat, jak to zwykle bywa. Wiem, bo widziałem nie raz. Wystarczy odwiedzić obojętnie jaką imprezę organizowaną przez coraz lepiej rozpoznawalny kolektyw Macrodosing, żeby się o tym przekonać.
Owszem Progresja jest ogromna. Główna scena wielkością przypominała mi płytę katowickiego Spodka, na której bawiłem się wielokrotnie. Pole do popisu więc dla dekoratorów z pierwszej ligi. Tymczasem nas wita ciekawie oświetlona didżejka, z ogromnym ekranem z tyłu, na których wyświetlane są wizualizacje. I tyle z dekoracji i klimatu. A żeby było śmiesznej podczas występu głównej gwiazdy tego wieczoru ów ekran na wiele minut zgasł po prostu. Była tylko muzyka, ciemność i dwóch panów przy konsolach. Sztos.
Więcej o muzyce przeczytasz w Bizblog:
A propos muzyki. Wiecie, to chyba oczywiste, że nagłośnienie jest jednym z decydujących elementów. Obojętnie, czy idziemy na koncert rockowy, Rawę Blues w Katowicach, imprezę psytrance, czy festiwal piosenki chrześcijańskiej w Ustroniu. W każdych z tych miejsc dźwięk jest priorytetem. Po to przyjechali ludzie, kupili bilety. Ale w Progresji o tym chyba nie wiedzą. Jakość dźwięku była naprawdę fatalna, a tragiczne buczenie z prawej strony skutecznie psuło zabawę. Przez to rzesza ludzi opuściła ten klub przed końcem koncertu Carbon Based Lifeforms. Woleli pojechać do domu niż słuchać buczenia.
I to nie jest wymysł Tabaki z Katowic, który teraz postanowił narzekać na Warszawę. Zerknijcie w social mediach na relację z tej imprezy. Ludzie są oburzeni i słusznie. A klub? Gdyby profesjonalizm Progresji był tak duży jak scena główna w tym klubie, to padłyby jakieś przeprosiny, jakiś ukłon w stronę tych setek ludzi, którzy mieli prawo poczuć się oszukani. Ale niestety, tego profesjonalizmu nie ma tam za grosz. Klub milczy jak zaklęty i do spawy się w ogóle nie odnosi. Przecież w weekend kolejna impreza, w następny - następna. Znowu przyjdą tłumy, dadzą zarobić na kaucji, po co się przejmować jakaś tak krytyką? Nie podoba się? Nie przyjeżdżaj. I tego jednego mogę być pewny: więcej do Progresji nie pojadę i wam to też odradzam.



















