To nie jest polityka zdrowotna, tylko dezinformacja. Naukowcy piszą do szefowej KE
Najprostsza regulacja brzmi kusząco. Wrzucić papierosy, e-papierosy, podgrzewacze tytoniu i saszetki nikotynowe do jednego worka, obłożyć podobnymi zakazami i podatkami, a potem ogłosić ofensywę w imię zdrowia publicznego. Problem w tym, że taka prostota może być bardzo kosztowna. Naukowcy mówią o tym wprost.

Na Bizblogu pisaliśmy już nieraz, że zrównywanie wszystkich produktów nikotynowych jest niebezpieczne. Papierosy, w których dochodzi do spalania tytoniu, nie są takimi samymi produktami, jak wyroby bezdymne. Temat na tapet wzięli właśnie naukowcy. Grupa 23 europejskich autorytetów medycznych napisała do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, zarzucając unijnemu komisarzowi zdrowia Olivérowi Várhelyiemu rozpowszechnianie szkodliwej dezinformacji o ryzyku związanym z nowymi produktami nikotynowymi.
Nie jest to akademicka sprzeczka o definicje. W tle są nowe przepisy, akcyza, rynek wewnętrzny, walka z paleniem i cel, który Bruksela sama sobie wyznaczyła: do 2040 r. Unia Europejska ma stworzyć „pokolenie wolne od tytoniu”. Jednak źle zaprojektowane regulacje mogą ten cel oddalić, a nie przybliżyć.
Poszło o słowa komisarza
Autorzy listu otwartego do szefowej KE piszą wprost, że są zaniepokojeni wypowiedziami komisarza Várhelyiego dotyczącymi bezpieczeństwa nowych produktów nikotynowych. Ich zdaniem urzędnik sugeruje, że produkty bezdymne są dla zdrowia równie groźne jak klasyczne papierosy.
Bezpośrednim powodem była rozmowa Várhelyiego z Euractiv. Dziennikarze zapytali komisarza, czy jest głęboko przekonany, że alternatywne produkty tytoniowe są tak samo szkodliwe jak tradycyjne papierosy.
Tak. Absolutnie. W stu procentach – odpowiedział Olivér Várhelyi.
Na doprecyzowanie, czy chodzi o produkty nie mniej szkodliwe, lecz tak samo szkodliwe, komisarz odparł:
Tak samo szkodliwe. Wiem, że im się to nie podoba, ale jestem tego absolutnie pewien – stwierdził Olivér Várhelyi.
Dla autorów listu nie jest to tylko niefortunna wypowiedź. Przekonują, że podobne stanowisko może przełożyć się na przyszłe przepisy, podatki i zakazy. A wtedy Unia Europejska może niechcący ochronić pozycję najbardziej szkodliwego produktu nikotynowego, czyli klasycznego papierosa.
Eksperci piszą wprost, że nie znają naukowych podstaw, które pozwalałyby twierdzić, że produkty bezdymne niosą takie samo ryzyko jak palenie papierosów. Ich zdaniem istnieją natomiast silne podstawy, by uznać, że produkty bezdymne wiążą się tylko z ułamkiem ryzyka typowego dla papierosów.
Największy błąd: udawać, że wszystko szkodzi tak samo
To jest najważniejszy punkt całego sporu. Autorzy listu nie twierdzą, że e-papierosy, saszetki nikotynowe, podgrzewacze tytoniu czy snus są bezpieczne. Nie przekonują też, że powinny być poza kontrolą państwa. Ich argument jest inny: produkty bezdymne nie muszą być „bezpieczne”, żeby były znacznie mniej szkodliwe niż papierosy.
Nie twierdzimy, że te produkty są „bezpieczne” lub „nieszkodliwe”, lecz że są, poza wszelką rozsądną wątpliwość, znacznie mniej szkodliwe niż papierosy – piszą autorzy listu.
Różnica wynika przede wszystkim ze spalania. W tradycyjnym papierosie tytoń jest spalany, a użytkownik wdycha dym zawierający tysiące substancji chemicznych, w tym toksycznych i rakotwórczych. W produktach bezdymnych ten mechanizm wygląda inaczej. Ryzyko nie znika, ale nie powinno się automatycznie stawiać między nimi znaku równości.
W liście przywołano znaną formułę brytyjskiego psychiatry Michaela Russella z 1976 r.: ludzie palą dla nikotyny, ale umierają od substancji smolistych. Autorzy odwołują się do niej po to, by pokazać różnicę między uzależniającą nikotyną a toksycznym dymem powstającym przy spalaniu tytoniu.
To rozróżnienie ma znaczenie praktyczne. Jeśli dorosły palacz słyszy od instytucji publicznych, że wszystkie produkty są tak samo szkodliwe, może uznać, że nie ma żadnego powodu, by odchodzić od papierosów. A to właśnie papierosy odpowiadają za największą część chorób i zgonów związanych z używaniem tytoniu.
Bruksela chce pokolenia wolnego od tytoniu
Komisja Europejska od kilku lat zapowiada ostrzejszą politykę wobec tytoniu. Tłem jest Europejski Plan Walki z Rakiem i cel stworzenia „pokolenia wolnego od tytoniu”. W unijnym języku oznacza to doprowadzenie do sytuacji, w której do 2040 r. mniej niż 5 proc. obywateli używa tytoniu.
Równolegle w UE toczy się dyskusja o nowych produktach nikotynowych. E-papierosy, podgrzewacze tytoniu, saszetki nikotynowe i snus zmieniły rynek, na którym przez dekady dominował klasyczny papieros. Regulatorzy patrzą na nie z coraz większą uwagą, bo pojawiają się obawy o młodzież, smaki, marketing, uzależnienie i obchodzenie dotychczasowych przepisów.
Te obawy są zrozumiałe. Organizacje lekarskie i zdrowotne od dawna ostrzegają, że nikotyna sama w sobie nie jest substancją niewinną, a nowe produkty mogą przyciągać osoby, które inaczej nigdy nie sięgnęłyby po nikotynę. Szczególnie wrażliwym punktem pozostają osoby niepełnoletnie.
Autorzy listu tego nie lekceważą. Ich stanowisko nie brzmi: zostawmy rynek bez kontroli. Przeciwnie, piszą, że regulacje są potrzebne. Chcą jednak, by Bruksela odróżniała ochronę młodzieży przed inicjacją nikotynową od polityki wobec dorosłych palaczy, którzy już są uzależnieni od papierosów.
To istotna różnica. Państwo może surowo karać sprzedaż nieletnim, ograniczać reklamę, kontrolować skład produktów i pilnować kanałów dystrybucji, a jednocześnie nie udawać, że każdy produkt nikotynowy niesie takie samo ryzyko.
Więcej w Bizblogu Spider's Web o zdrowiu
Akcyza może przesądzić o rynku
Dla konsumentów i firm ten spór może mieć bardzo konkretny wymiar. Komisja Europejska zaproponowała zmiany w dyrektywie podatkowej dotyczącej tytoniu. Nowe zasady mają objąć także produkty, które dotychczas nie były traktowane podatkowo tak samo jak klasyczne papierosy, czyli m.in. e-papierosy, podgrzewacze tytoniu i saszetki nikotynowe.
To oznacza, że rynek nikotynowy może zostać przebudowany nie tylko przez zakazy i ograniczenia, ale także przez akcyzę. A wysokość podatków ma znaczenie. Może zachęcać do zmiany zachowań, ale może też wypychać konsumentów do szarej strefy albo utrwalać dotychczasowe wybory.
Autorzy listu ostrzegają, że błędne przedstawienie ryzyka może prowadzić do nadmiernego opodatkowania produktów bezdymnych. Ich zdaniem skutek byłby paradoksalny: papierosy, czyli produkt najbardziej szkodliwy, zostałyby w praktyce ochronione przed konkurencją ze strony mniej ryzykownych alternatyw.
Błędne przedstawianie ryzyka w przypadku bezdymnych produktów nikotynowych doprowadziło do propozycji nadmiernego opodatkowania bezdymnych alternatyw dla papierosów. Skutkiem byłoby zniekształcenie rynku wewnętrznego, ochrona papierosów, a tym samym pogorszenie zdrowia publicznego – piszą autorzy listu.
To szczególnie ważne w krajach, w których papierosy nadal mają silną pozycję. Jeśli podatki na alternatywy zostaną ustawione zbyt wysoko, część palaczy może wcale nie zrezygnować z nikotyny. Może po prostu zostać przy papierosach. Inni mogą szukać tańszych produktów poza legalnym obrotem.
A wtedy państwo przegrywa podwójnie. Traci kontrolę nad rynkiem i wpływami z podatków, a jednocześnie nie osiąga celu zdrowotnego.
Rynek legalny czy szara strefa
W liście pojawia się także ostrzeżenie przed skutkami ubocznymi nadmiernych restrykcji. Autorzy wskazują, że zbyt ostre przepisy mogą prowadzić do większego palenia papierosów, wzrostu nielegalnego handlu oraz przejmowania części rynku przez produkty spoza legalnej kontroli.
To wątek, którego w debacie zdrowotnej często brakuje. Państwo może zakazać, ograniczyć albo opodatkować produkt. Nie oznacza to jednak automatycznie, że popyt zniknie. Zwłaszcza gdy mówimy o substancji uzależniającej.
W przypadku nikotyny przepisy muszą być projektowane ostrożnie. Z jednej strony potrzebna jest ochrona nieletnich, ograniczanie reklamy i kontrola składu produktów. Z drugiej strony zbyt wysokie bariery dla legalnych alternatyw mogą zostawić dorosłych palaczy przy papierosach albo wypchnąć ich poza legalny rynek.
To właśnie dlatego zrównywanie wszystkich produktów nikotynowych bywa niebezpieczne. Nie tylko medycznie, ale też gospodarczo i regulacyjnie.
Szwecja jako niewygodny przykład
Autorzy listu przypominają także przykład Szwecji i snusu, czyli doustnego tytoniu, który jest zakazany w większości Unii Europejskiej. Szwecja zachowała wyjątek przy wejściu do UE. Zdaniem sygnatariuszy dostępność snusu pomogła temu krajowi ograniczyć szkody związane z paleniem papierosów.
To argument, który często pojawia się w debacie o redukcji szkód, ale nie zamyka sporu. Wokół snusu od lat ścierają się różne podejścia do polityki zdrowotnej. Dla autorów listu jest to jednak przykład, że blokowanie alternatyw dla papierosów tylko dlatego, że same także nie są pozbawione ryzyka, może przynieść odwrotny skutek.
Unia Europejska nie może powtórzyć tych błędów w przypadku nowych i pojawiających się alternatyw dla papierosów – piszą sygnatariusze.
Ten argument jest niewygodny dla unijnych instytucji, bo dotyka samego sposobu projektowania przepisów. Jeśli celem jest ograniczenie chorób i zgonów związanych z paleniem, regulacje powinny zachęcać do odchodzenia od najbardziej szkodliwego produktu. Jeśli jednak wszystkie produkty zostaną potraktowane podobnie, najsilniejszą pozycję zachowa ten, który już dominuje na rynku: papieros.
Instytucje europejskie mogą poprzeć stanowisko komisarza albo potraktować poważnie swoje obowiązki w zakresie tworzenia polityki publicznej. Nie mogą zrobić jednego i drugiego – podsumowują autorzy listu.
To zdanie dobrze pokazuje stawkę całego sporu. Unia Europejska chce ograniczyć palenie i zbudować pokolenie wolne od tytoniu. Pytanie brzmi, czy zrobi to precyzyjnymi regulacjami, czy regulacyjnym młotkiem. W przypadku nikotyny różnica może być ogromna.



















