Kto miał stracić robotę, już zapewne ją stracił – taki wniosek nasuwa się po lekturze raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego. W najnowszym badaniu redukcję etatów zapowiada tylko 8 proc. pracodawców, mocno spadł również odsetek przedsiębiorstw, które zamierzają ciąć pensje.

Wyniki prezentowane przez PIE są o tyle miarodajne, że instytut publikuje je regularnie, praktycznie od początku lockdownu. Pierwsze dane wyciągnięte od przedsiębiorców pochodzą jeszcze z początku kwietnia i dokumentują obraz nędzy i rozpaczy, w jakim znalazła się polska gospodarka tuż po zamrożeniu. Najnowsze badanie zostało przeprowadzone w dniach 12-14 maja. Różnica jest ogromna.
Dobrą wiadomością dla polskich pracowników powinno być to, że znacząco zmalał odsetek firm, które zamierzają zwalniać pracowników. Półtora miesiąca temu cięcie zatrudnienia zapowiadało 28 proc. przedsiębiorstw – dzisiaj już tylko 8 proc. Co istotne nie widać tu większej różnicy między mikroprzedsiębiorstwami a korporacjami.
Zwiększa się również procent pracodawców, którzy zamierzają otrzymać status quo (83 proc.), a nawet rozpocząć kolejne rekrutacje (7 proc.).

Obniżki pensji nas nie ominą
Nieco gorzej sytuacja wygląda w przypadku zarobków. Liczba firm, które chcą ciąć pensje, dynamicznie spada (pod koniec marca cięcia zapowiada co druga), ale odsetek wciąż utrzymuje się powyżej niepokojącego poziomu 20 proc. Najmniej narażeni na utratę części dochodów są pracownicy mikro i średnich przedsiębiorstw (17 i 20 proc.), gorzej sytuacja wygląda po stronie małych i dużych firm (26 i 24 proc.).
Systematycznie w górę idzie także odsetek pracodawców planujących utrzymanie dotychczasowych wynagrodzeń. Od końca marca wzrósł on z 36 proc. do 66 proc.

Ostatni odczyt GUS pokazał, że w ciągu miesiąca wyparowało 152,9 tys. etatów, co jest najwyższym wynikiem od 2005 roku.
Czytaj także: Dofinansowanie na otwarcie firmy
Rząd odmraża gospodarkę
Od początku mają w bardziej lub mniej okrojonej formie do życia wróciły już m.in. gastronomia, fryzjerzy i centra handlowe. Od 1 czerwca na polskie niebo wrócą samoloty (na razie na trasach krajowych), a wraz z nimi odmrożeniu ulegnie cała branża lotnicza. Lada chwila czeka nas prawdopodobnie otwarcie siłowni i klubów fitness.
Największe uderzenie związane z epidemią jest więc za nami. W maju po raz pierwszy od początku lockdownu zahamowany został proces spadku przychodów.
Odsetek firm, których przychody malały, wyniósł 49 proc., a więc obniżył się o 18 pp.
- pisze PIE.
Poprawiają się również nastroje. 42 proc. firm określa swoją kondycję jako wystarczającą do przeżycia przez kolejne 3 miesiące. Brak płynności finansowej deklaruje już tylko 9 proc. badanych przedsiębiorstw.

Nie oznacza to jednak oczywiście, że nie powinniśmy spodziewać się kolejnych wstrząsów. Kryzys zmusił do zadłużenia się wielu przedsiębiorców. Zgodnie z danymi Krajowego Rejestru Długów od końca marca do końca kwietnia ich zadłużenie wzrosło o 80 mln zł (z 10,55 mld zł do 10,63 mld).
Powtórka na jesieni?
Na radość jest więc zdecydowanie przedwcześnie. Tym bardziej że Minister rozwoju Jadwiga Emilewicz nieśmiało sugeruje, iż pełne odmrożenie gospodarki będzie możliwe najwcześniej z początkiem lipca. W walce z koronawirusem wciąż stąpamy po polu minowym. Nie wiemy do końca, jak luzowanie restrykcji wpłynie na liczbę zachorowań. A przede wszystkim - czy na jesieni kolejna fala epidemii nie zmusi nas do ponownego zamknięcia miejsc pracy. Na razie analitycy pozostają optymistami.
Zakładamy, że ewentualne kolejne fale Covid-19 (na jesieni lub na początku 2021 r.) będą ekonomicznie mniej dotkliwe niż obecna. Można zakładać, że z czasem konsumenci nauczą się uczestniczyć w życiu ekonomicznym, jednocześnie minimalizując ryzyko zarażenia, a pracodawcy będą lepiej przygotowani, aby zapewnić bezpieczne miejsce pracy (minimalizując w ten sposób skalę transmisji choroby)
- pisali ekonomiści Citi Handlowego.