Europejska debata o handlu wybuchła, gdy na ulicach pojawiły się traktory. Szkoda, że nie wtedy, gdy zapadały decyzje. Umowa z Mercosurem stała się symbolem wszystkiego, co w Unii budzi dziś nieufność: od geopolityki, przez rosnące koszty regulacji, po poczucie, że ktoś decyduje za innych. W takim klimacie nawet sensowne argumenty trafiają w próżnię, bo gniew rozchodzi się szybciej niż wyjaśnienia.

Protest rolników w Warszawie nie będzie tylko symbolicznym marszem pieszych. Organizatorzy przygotowują wjazd setek ciągników do stolicy, co ma sparaliżować ruch i podkreślić skalę sprzeciwu wobec umowy UE-Mercosur i polityki rolnej rządu. Organizatorzy protestu mówią o „zielonym miasteczku” pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów i gotowości do pozostania tam dłużej, a władze miejskie jeszcze nie podjęły jednoznacznej decyzji o zakazie wjazdu maszyn – co tylko podgrzewa napięcie przed piątkową manifestacją.
Umowa z Mercosur. Finisz globalnego wyścigu
O co ten cały dym? Wyjaśnia komentarz Bogusława Chraboty w piątkowej „Rzeczpospolitej”. Ten tekst ma jedną rzadko spotykaną cechę: tłumaczy, a nie miesza w emocjonalnym kotle. W sporze o umowę Unii Europejskiej z Mercosur to już samo w sobie jest wartością. Zamiast paniki i haseł o „zalaniu Europy argentyńską wołowiną”, dostajemy argument: ta umowa to element większej, geopolitycznej układanki, a nie techniczny spór o kontyngenty.
Więcej wiadomości Bizblog.pl o rolnictwie
To ważne, bo Mercosur nie jest nagłym pomysłem Brukseli ostatnich miesięcy. Negocjacje trwają od ponad dwóch dekad, a ich sens – niezależnie od emocji – jest dość prosty. Unia chce zabezpieczyć dostęp do dużego, rozwijającego się rynku w Ameryce Południowej, zanim zrobią to inni gracze. W zamian oferuje preferencje handlowe, które mają otworzyć nowe możliwości dla europejskiego przemysłu, technologii, chemii, farmacji czy maszyn. To model, na którym Europa przez lata budowała swoją siłę eksportową.
Tyle że w tym miejscu warto się na chwilę zatrzymać – po stronie tych, którzy dziś protestują. Bo ich nieufność nie wzięła się znikąd. Europejscy rolnicy mają świeże doświadczenie z rynkowymi „wyjątkami”, które miały być tymczasowe, a okazały się trwałe. Mają za sobą lata rosnących kosztów, presji regulacyjnej i poczucia, że decyzje zapadają daleko od pól i gospodarstw. W takim kontekście każda nowa umowa handlowa wygląda jak potencjalne zagrożenie, nawet jeśli na papierze zawiera klauzule ochronne i bezpieczniki.
I właśnie tu zaczyna się mój pesymizm.
Dlaczego nikt nam nie powiedział o umowie?
Nie chodzi o to, że argumenty za Mercosurem są słabe. Wręcz przeciwnie. Problem w tym, że nikt nie zadał sobie trudu, żeby je wytłumaczyć ludziom. Przez lata temat funkcjonował w dokumentach Komisji Europejskiej, w analizach ekspertów i w dyplomatycznych komunikatach. A potem nagle wypłynął w momencie społecznej nerwowości i politycznego przesilenia. Efekt? „Mercosur to zło”. Dlaczego? Bo tak.
W epoce rewelacji z X-a, partyjnych mediów i algorytmów, które nagradzają gniew, a nie zrozumienie, taka logika w zupełności wystarcza. Nie trzeba znać szczegółów umowy, mechanizmów ochronnych ani realnych danych handlowych. Wystarczy obrazek traktora na barykadzie i jedno zdanie o „zdradzie Brukseli”.
Dlatego mam wątpliwość, czy założenie, że polscy i francuscy rolnicy doskonale wiedzą, o co toczy się gra, i cynicznie próbują wyciągnąć z niej jeszcze więcej, nie jest po prostu myśleniem życzeniowym. Patrząc z boku, wygląda to raczej na kolejne chochole pląsy w rytm narracji idealnie wpisującej się w interesy Kremla. Kolejne, bo za nami protesty rolników przeciwko zalewowi ukraińskiego zboża w 2023 roku, żywności rok później oraz Zielonemu Ładowi.
Twarde argumenty bez szans w starciu z propagandą
Komentarz Bogusława Chraboty jest potrzebny i cenny, ale spóźniony i osamotniony. To próba gaszenia pożaru argumentami, które powinny paść, zanim warte 100 tys. zł ciągniki zakupione za unijne pieniądze ruszyły na Warszawę. Teraz racjonalna debata musi konkurować z hasłem, memem i poczuciem krzywdy. A to starcie, w którym nawet najbardziej lukratywna umowa handlowa może przepaść – nie dlatego, że jest zła, lecz dlatego, że nikt nie potrafił w porę wytłumaczyć, po co w ogóle powstała.






































