Większy nadzór nad Państwową Inspekcją Pracy poprzez łatwiejsze zlecanie kontroli NIK-owi i wprowadzenie obowiązkowych audytów całej inspekcji co dwa lata. Takie są założenia nowej reformy PIP-u. Wcześniejsza miała polegać na walce z patologiami rynku pracy, a teraz rząd idzie w stronę brania inspekcji na krótszą smycz.

Na początku stycznia premier Donald Tusk ogłosił, że do kosza trafiła długo przygotowywana reforma Państwowej Inspekcji Pracy. Miała ona wzmocnić inspekcję i dać jej realne narzędzia do walki z umowami śmieciowymi oraz fikcyjnym B2B. Nagła decyzja premiera wywołała spore emocje, bo dla wielu była oznaką stanięcia po stronie biznesów, które z omijania prawa pracy zrobiły sobie sposób na niższe koszty działalności.
Chcą kontrolować PIP
Jak informuje „Rzeczpospolita”, posłowie KO przygotowali całkiem nowy projekt zmian w PIP-ie, ale tutaj kierunek zmian jest zupełnie inny. Tym razem w ogóle nie chodzi o reagowanie na nadużycia i projekt nie dotyczy bezpośrednio umów o pracę ani B2B. Nowe przepisy skupiają się na samej instytucji i wymyślnych sposobach jej kontrolowania. Tu nie chodzi o wzmocnienie nadzoru PIP-u, tylko nad PIP-em.
Wcześniejszy projekt przygotowało Ministerstwo Rodziny, a autorem nowych pomysłów jest poseł Koalicji Obywatelskiej Krzysztof Gadowski. To ciekawe o tyle, że polityk jest też przewodniczącego Rady Ochrony Pracy, czyli organu, który nadzoruje Państwową Inspekcję Pracy w imieniu Sejmu. Projekt ma więc wzmocnić narzędzia, którymi Rada i parlament mogą kontrolować samą inspekcję.
Więcej informacji dla pracowników znajdziesz na Bizblog.pl:
Projekt zakłada ułatwienie zlecania kontroli przez Najwyższą Izbę Kontroli. Rada Ochrony Pracy mogłaby wystąpić do Sejmu z wnioskiem o taką kontrolę, a Sejm zlecałby ją NIK-owi. Kolejny sposób kontrolowania PIP-u to obowiązkowe audyty zewnętrzne. Co najmniej raz na dwa lata cała Państwowa Inspekcja Pracy miałaby być poddana przeglądowi przez niezależny podmiot. Audyt zlecałby marszałek Sejmu, z własnej inicjatywy lub na wniosek ROP.
Chodziło o walkę z fikcją samozatrudnienia
Zapowiadana jako przełom reforma Państwowej Inspekcji Pracy już na początku grudnia została radykalnie złagodzona. Rząd wycofał się z najbardziej zdecydowanych rozwiązań, które miały ograniczyć wypychanie pracowników na samozatrudnienie. Zamiast rewolucji ma być korekta, choć pozostawiono istotną furtkę dla ZUS-u, który w razie sporu może naliczyć firmom zaległe składki nawet za pięć lat.
Największa zmiana dotyczyła roli samej PIP. Plan był taki, że inspekcja nie będzie mogła zamieniać umów B2B na etaty ani działać wstecz. Wprowadzono za to mechanizm „żółtej kartki”, który daje firmom czas na poprawę warunków współpracy. Zamiast szybkiej decyzji miały pojawić się rozmowy i korekty, co w praktyce miało pozwolić wielu przedsiębiorcom zachować B2B po dostosowaniu zasad. Nawet ten projekt okazał się zbyt „radykalny” dla premiera.







































