REKLAMA

Klienci bez ochrony i praw. Rząd umywa ręce, banki tryumfują

Rząd nie poparł propozycji UOKiK dotyczącej ustawowego wzorca umowy kredytu hipotecznego – wynika z informacji Business Insidera. To oznacza, że odpada wariant obowiązkowy, a klient – jeśli coś pójdzie nie tak – zostaje z jednym wyjściem: dochodzić swoich praw na własne ryzyko, czas i koszt.

jednolita umowa kredytowa
REKLAMA

Decyzja rządu może mieć daleko idące konsekwencje dla milionów Polaków biorących kredyty hipoteczne. Zamiast jednego, obowiązkowego standardu umowy, który ograniczałby ryzyko sporów, rynek dostaje rozwiązanie oparte na dobrowolnych zasadach stworzonych przez banki.

REKLAMA

Państwo się cofa. Banki dostają przestrzeń

Pomysł był prosty: jednolita umowa kredytu hipotecznego miała wyeliminować klauzule abuzywne, ograniczyć ryzyko sporów i obniżyć koszt kredytów. UOKiK chciał to załatwić ustawą, czyli wprowadzić we wszystkich bankach jeden standard.

Nic z tego. Jak opisuje Business Insider, projekt nie uzyskał poparcia rządu, a kluczowe instytucje – od Ministerstwa Sprawiedliwości po KNF – umyły ręce. W efekcie wariant ustawowy wypada z gry. Zostaje model wypracowany przez Europejski Kongres Finansowy. Problem w tym, że ma się to odbyć przez wprowadzenie kodeksu dobrych praktyk”.

To fundamentalna różnica.

Zamiast obowiązku mamy dobrowolność. Zamiast jednego standardu – decyzje poszczególnych banków. Ciężar uporządkowania rynku przesuwa się z państwa na sektor bankowy.

To już było. I skończyło się w sądach

Ten mechanizm polski rynek już dobrze zna. W przypadku kredytów frankowych państwo przez lata nie narzuciło systemowego rozwiązania. Rząd, notabene Donalda Tuska, pozorował działania, rynek funkcjonował po swojemu, a problem narastał. W końcu – co za zbieg okoliczności – 15 stycznia 2015 r. przytrafił się „czarny czwartek”, a 10 miesięcy później Platforma Obywatelska z kretesem przegrała wybory. Tyle jeśli chodzi o koszt polityczny.

Koszty społeczne i biznesowe? Setki tysięcy pozwów, przełom dopiero po wyrokach Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i gigantyczne koszty po stronie banków (przerzucone na klientów).

A jednak rząd znów poszedł tą ścieżką. Państwo odpuściło, pozostawiając klientów „samoregulacji”.

„Dobre praktyki” zamiast prawa

Na papierze wygląda to pięknie, ale wiadomo papier wszystko przyjmie. Modelowa umowa wynikającą z przyjęcia dobrych praktyk będzie miała być przejrzysta, zrozumiała i bezpieczna. Będzie miała ograniczyć ryzyko sporów i poprawić sytuację klientów.

📌 Kredyt bez ustawowego wzorca – co to znaczy w praktyce?

Nie ma jednego obowiązkowego standardu dla wszystkich banków.

Nie ma gwarancji, że umowa nie zawiera ryzykownych zapisów.

Nie ma pewności, że problem zniknie z rynku.

Jest za to znany scenariusz – spór, który kończy się dopiero w sądzie.

W praktyce jednak kluczowe jest coś innego: nikt nie będzie miał obowiązku jej stosowania.

Bank może ją wdrożyć, może zrobić to częściowo albo pozostać przy własnych rozwiązaniach. Nie ma mechanizmu, który zapewni jednolitość na całym rynku.

Czytaj więcej w Bizblogu o bankach

UOKiK mówi wprost: rozwiązanie oparte na samoregulacji nie daje silnych gwarancji jednolitości, trwałości i pewności prawnej jak rozwiązanie ustawowe.

Dobre praktyki działają wtedy, gdy ktoś ich przestrzega. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje mu się to opłacać.

Historia pokazuje, jak to działa

Polski rynek finansowy ma długą historię takich „dobrych praktyk”. W przypadku polisolokat wprowadzano rekomendacje i standardy, które ograniczyły część patologii. Ale prawdziwa zmiana przyszła dopiero wtedy, gdy klienci zaczęli masowo wygrywać w sądach.

Przy sprzedaży obligacji GetBack również istniały procedury i standardy. Nie zatrzymało to missellingu (nieuczciwej sprzedaży). Dopiero interwencje regulatorów i kary finansowe zmieniły rynek.

Podobnie było z opłatami interchange i ubezpieczeniami kredytów. Samoregulacja oznaczała niemal zawsze teoretyczną poprawę, realne efekty przynosiły dopiero decyzje regulatorów i presja sądowa.

Samoregulacja poprawia standard, ale nie rozwiązuje problemu systemowo.

Klient zostaje z obietnicą, nie z gwarancją

Z perspektywy kredytobiorcy różnica jest fundamentalna. Ustawa oznacza jeden wzorzec dla wszystkich, brak możliwości jego obchodzenia i trwałość zasad. „Dobre praktyki” oznaczają coś odwrotnego – różne podejścia banków, brak powszechności i możliwość zmian w czasie.

Innymi słowy klient dostaje obietnicę, że będzie lepiej, ale nie dostaje pewności, że będzie tak samo u każdego.

A w kredycie na kilkaset tysięcy złotych rozłożonym na 20 lat to różnica kluczowa.

Rząd nie chce narzucać zasad. Pytanie, kto zrobi to za niego

Decyzja o wycofaniu się z wariantu ustawowego nie jest techniczna. To wybór modelu. Państwo nie chce narzucać bankom jednolitej umowy i zostawia temat „dobrym praktykom”. Zostawia też klientów z zerową ochroną.

Historia polskiego rynku finansowego pokazuje jednoznacznie, że gdy stawką są duże pieniądze i długoterminowe umowy, problemy nie znikają dlatego, że ktoś ogłosi standard.

REKLAMA

Znikają wtedy, gdy ktoś bierze odpowiedzialność i narzuca zasady.

Dlatego dziś najważniejsze pytanie nie brzmi, czy banki wdrożą modelową umowę. Brzmi: za ile lat rząd ocknie się, bo zagrożona zostanie stabilność finansowa państwa.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-08T22:04:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-08T20:02:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-08T16:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-08T14:21:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-08T09:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-07T21:43:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-07T18:32:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-07T16:14:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-07T11:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-07T09:51:00+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA