Ceny paliw to za mało. My mamy CPN, oni pracują cztery dni w tygodniu
Przymusowy home office, przesiadka do autobusów, dopłaty celowane, czterodniowy tydzień pracy, limity tankowania, a nawet zimna woda w basenie. Sprawdziliśmy, jakie sposoby na paliwowy kryzys mają inne kraje i jak na tym tle wypada nasz rodzimy CPN.

Podczas gdy w Polsce głównym tematem debaty publicznej jest program „Ceny Paliw Niżej” (CPN) i to, o ile groszy rząd zetnie dziś ceny na pylonach, reszta świata szuka ratunku w zupełnie innych miejscach. Dane Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), która śledzi poczynania rządów w tym zakresie, pokazują jasno: walka z drogą benzyną to już nie tylko domena ministrów finansów, ale też speców z innych dziedzin.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) uruchomiła narzędzie do monitorowania odpowiedzi poszczególnych krajów na kryzys energetyczny wywołany konfliktem na Bliskim Wschodzie. Tracker w czasie rzeczywistym analizuje, jak rządy radzą sobie z gwałtownymi skokami cen i przerwami w dostawach ropy oraz gazu.
Agencja zapowiada stały monitoring sytuacji i regularne aktualizowanie bazy danych w miarę pojawiania się nowych rozwiązań.
Bliskowschodni konflikt wywrócił rynek paliw do góry nogami. Polska, wzorem części krajów rozwiniętych, postawiła na to, by nie dopuścić do nadmiernego wzrostu cen na stacjach. Ale rzut oka na mapę globalnych polityk energetycznych uświadamia, że niska cena przy dystrybutorze to tylko jeden z wielu modeli działań w czasach paliwowej drożyzny.
Polska dopłaca
Nasz rodzimy program CPN plasuje Polskę w grupie państw o najwyższym stopniu interwencjonizmu cenowego. Obniżka VAT z 23 proc. do 8 proc. oraz administracyjne narzucanie cen maksymalnych to ruchy, które mają jeden cel: ochronę komfortu konsumenta „tu i teraz”. Polska postawiła przy tym na rozwiązanie powszechne – każdy, kto podjeżdża pod dystrybutor, korzysta z państwowej tarczy.
Nie jesteśmy w tej filozofii pomagania obywatelom osamotnieni w Europie i na świecie, choć nasz model jest wyjątkowo agresywny. Podobną drogą poszły np. Włochy i Irlandia, które drastycznie obniżyły akcyzę na benzynę i olej napędowy (Włosi zdecydowali się na przedłużenie ulg o kolejne kwartały). Austria i Czechy wybrały drogę pośrednią – zamiast tylko ciąć podatki, wprowadziły sztywne limity na marże handlowe detalistów (państwo nie chce, żeby na kryzysie zarabiali pośrednicy). Na czasowe zawieszenie opłat paliwowych zdecydowały się Australia i RPA, co skutkowało natychmiastowym spadkiem cen o kilkanaście procent, ale wydrążyło dziurę w budżetach na utrzymanie dróg.
Tarcza paliwowa na home office
Są jednak na świecie miejsca, gdzie uznano, iż skoro paliwo jest trudno dostępne, a poza tym bardzo drogie, najprostszym rozwiązaniem jest ograniczenia zużycia, czyli sprawienie, żeby obywatele kupowali go mniej. Tą drogą poszły przede wszystkim rządy państw na innych kontynentach. W Egipcie czy Indonezji wprowadzono obowiązkowe dni pracy zdalnej dla administracji publicznej. Celem, poza odkorkowaniem ulic, były oszczędności w skali makro.
Władze Pakistanu poszły krok dalej i wdrożyły czterodniowy tydzień pracy dla sektora publicznego. Mniej dni w biurze – pomyśleli rządzący – to mniej spalonej benzyny i mniejsze obciążenie sieci energetycznej (klimatyzacja).
W Laosie, ze względu na paraliżujące koszty transportu, aby oszczędzić paliwo, szkoły przeszły na model hybrydowy (trzy dni nauki stacjonarnie, dwa dni zdalnie). Podobnie jest na Sri Lance, która wprowadziła szereg dodatkowych obostrzeń: urzędnicy państwowi, podobnie jak studenci, nie jeżdżą do pracy (na uczelnie) w środy. A jeśli dziś jest poniedziałek i ktoś akurat jest w pracy w biurze, musi pamiętać, by nie ustawiać temperatury klimatyzatora poniżej wartości 26 st. Celsjusza. A najlepiej, gdyby na kilka godzin w ogóle zrezygnował z klimatyzacji na rzecz wentylatorów.
Na Filipinach wprowadzono zaś model Libreng Sakay – w budżecie znalazły się pieniądze na opłacenie prywatnym przewoźnikom darmowych przejazdów dla studentów i pracowników. W ten sposób rząd próbuje zachęcić obywateli do masowej przesiadki z aut do autobusów.
Na Mauritiusie wprowadzono ograniczenia dotyczące korzystania z energii elektrycznej wyłącznie do niezbędnych celów – nie należą do nich zasilanie dekoracyjnego oświetlenia, fontanny czy podgrzewanie wody w basenie.

Skalpel zamiast siekiery
Europejscy przywódcy, którzy zdecydowali się na interwencje w sprawie drogiego paliwa, próbują znaleźć złoty środek między zaleceniami Komisji Europejskiej (ta obstaje przy działaniach prewencyjnych i krytykuje narzędzia osłonowe, na które zdecydowała się m.in. Polska – ustalając maksymalną cenę obowiązującą w całym kraju), a potrzebami swoich obywateli i gospodarek.
Niektóre, jak Francja czy Grecja, zamiast obniżać podatki wszystkim chętnym, postawiły na wsparcie lepiej zaadresować. Pomoc nie trafia więc do wszystkich podjeżdżających pod dystrybutor – na tańsze tankowanie może liczyć francuski rybak czy rolnik, ale przeciętny właściciel samochodu zniżki mieć nie będzie.
Grecja wprowadziła system Fuel Pass dla najuboższych. To cyfrowa karta paliwowa z doładowaniem od 60 do 100 euro miesięcznie dla osób o dochodach poniżej określonego progu. Pomoc trafia więc prosto do baków tych, którzy naprawdę jej potrzebują.
Więcej o sytuacji na rynku paliw na stronach Bizblog.pl:
Irlandia i wspomniana Francja skupiły się na dopłatach sektorowych. Rolnicy, rybacy i firmy transportowe otrzymują bezpośrednie zwroty części kosztów paliwa, co pozwala utrzymać ceny żywności w ryzach, a jednocześnie uniknąć wydawania miliardów euro na pomoc wszystkim bez wyjątku (jak w Polsce).
Na bardziej selektywną pomoc zdecydowały się rządy Słowacji i Słowenii: wprowadziły limity tankowania dla aut na zagranicznych tablicach rejestracyjnych oraz zróżnicowane ceny (wyższe dla obcokrajowców). To sposób na ochronę własnych zapasów paliw przed turystyką paliwową z sąsiednich krajów, także z Polski. Ministrowie odpowiedzialni za kwestie paliwowe w rządzie Donalda Tuska zapewniają, że monitorują sytuację i na razie nie planują wprowadzać podobnych rozwiązań w naszym kraju.
W Niemczech ceny na stacjach paliw zmieniały się tak szybko, że interweniować musiał rząd. Wprowadzony w marcu mechanizm pozwala stacjom podnosić cenę tylko raz na dobę. Obniżać ceny mogą do woli.
Działanie, które miało ukrócić spekulacje, wymusiło na koncernach ostrożność przy ustalaniu cen. Narzuciło rynkowi zasady gry – premiujące firmy z niskimi cenami paliw, a karzące chętnych na szybki zarobek na nagłych skokach cen ropy naftowej – i, w przeciwieństwie do rodzimego CPN, nie kosztowało budżetu ani grosza.
Narzekasz? Ciesz się, że mieszkasz w Polsce
Są jednak i takie państwa, w których sytuacja zmusiła rządy do rozwiązań kojarzonych w Polsce z zamierzchłą przeszłością PRL-u. Najbardziej radykalne kroki podjęły władze Sri Lanki – wprowadziły narodowy system racjonowania paliwa oparty o kody QR – każdemu pojazdowi przypisany jest tygodniowy limit paliwa. Chcesz więcej? Musisz poczekać albo poprosić sąsiada – system działa tak, że po wyczerpaniu limitu nie odblokujesz dystrybutora przy swoim samochodzie czy motocyklu.
Władze Korei Południowej postawiły na proste narzędzie, którego wdrożenie przynosi natychmiastowy skutek: pojazdy sektora publicznego oraz floty dużych korporacji jeżdżą rotacyjnie, w zależności od rejestracji. Jeśli twoja kończy się cyfrą nieparzystą, nie możesz się poruszać swoim autem w dni parzyste. Inaczej musisz się liczyć z wysokimi karami.

Co dalej z CPN?
Polska na tle świata jawi się jako kraj, który skutecznie chroni portfele obywateli przed gwałtownym drenażem. Robi to jednak metodami tradycyjnymi – zasypując problem pieniędzmi (które trzeba skądś wziąć). Program CPN to tarcza, która wprawdzie osłania nas przed bólem drogiego tankowania, ale jednocześnie nie skłania do zmiany nawyków na bardziej oszczędnościowe. Podczas gdy inni wdrażają kulturę oszczędzania, inwestują w darmowy transport publiczny (jak na Litwie, gdzie bilety kolejowe staniały o połowę) i uczą się żyć przy mniejszym zużyciu ropy, my trzymamy się nadziei, że niskie ceny benzyny czy oleju napędowego uda się utrzymać w Polsce w nieskończoność.
A co, jeśli kryzys na Bliskim Wschodzie potrwa nie dni czy tygodnie, ale miesiące albo i lata? Czy polski rząd będzie stać na bycie dobrym wujkiem dorzucającym się do paliwa wyborcom, czy będziemy musieli, wzorem innych państw, polubić się z reglamentacją paliwa (nawet jeśli nie za pomocą kartek, a kodów QR) i obowiązkowym home office?
Na razie wybieramy spokój przy dystrybutorze, ale ten luksus może mieć swoją datę ważności.



















