Mowa o tych, którzy pracują na etatach. Czy to źle? Czy to znaczy, że Polacy biednieją? Nie, oni po prostu robią się coraz cwańsi. Ale za chwilę mogą zostać przywołani do porządku.

Ustalmy na początku jedno - najlepiej zarabiającą grupą w Polsce są przedsiębiorcy - to jasno wynika z danych. I jak szukacie bogaczy, milionerów, to nie znajdziecie ich wśród pracujących na umowach o pracę. Tę grupę tym razem zostawiamy w spokoju, a przyjrzymy się wyłącznie tym, którzy pracują na etatach. Ci też mogą być zamożni.
Co to znaczy elita zarobkowa?
Ale co to znaczy być bogatym w grupie etatowców? To jest akurat dość precyzyjnie określone przepisami, bo najlepiej zarabiający pracownicy to ci, którzy zarabiają powyżej tzw. progu trzydziestokrotności.
Chodzi o 30-krotność prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia, limit ten został ustalony na potrzeby ZUS, bo jeśli twoje zarobki przekroczą 30-krotność średniej pensji (prognozowanej), to przestajesz płacić składki emerytalne i rentowe do ZUS.
To nie żadna nagroda, wynika to z kwestii praktycznych, żeby ZUS nie musiał wypłacać jakichś kosmicznie wysokich emerytur, skoro ich wysokość zależy od tego, ile składek płaciliśmy.
Dość teorii. Ten limit trzydziestokrotności w 2025 r. wynosił na etacie 260 190 zł. W 2026 r. to 282 600 zł. I to jest właśnie granica, powyżej której zaczyna się zarobkowa elita pracująca na etatach. I właśnie ta elita od lat się kurczy.
Więcej wiadomości na temat rynku pracy można przeczytać poniżej:
Ucieczka z etatów
W 2025 r. takich osób było prawie 312 tys., rok wcześniej 342 tys., a w 2021 r. nawet 411 tys. - wynika z danych, o których pisze money.pl. To oznacza, że w cztery lata ta etatowa elita skurczyła się o 100 tys., czyli o jedną czwartą.
Jak to? Dlaczego? To wcale nie oznacza, że nagle najlepiej zarabiającym pracownikom nagle skurczyły się pensje, że ubywa dobrze płatnych etatów. To raczej oznacza, że ci dobrze zarabiający z etatów uciekają w JGD.
Tezę te zdaje się potwierdzać fakt, że liczba pracowników przekraczających próg 30-krotności jeszcze przed 2020 r. powoli rosła, a od 2021 r. trend się odwrócił i widzimy co roku spadki. To wiąże się oczywiście ze zmianą przepisów podatkowych.
Ale to też jasno pokazuje, że pączkowanie JDG to nie jest wcale żaden wybuch przedsiębiorczości Polaków. To ucieczka przed podatkami. Przez lata państwo polskie tolerowało to, traktując jak zaradność, choć przecież zawsze było to trochę na przekór duchowi prawa.
Ale to się zaraz skończy, bo jednak obecna minister pracy wypowiedziała wojnę udawaniu B2B wyłącznie dla celów podatkowych i po wielu przebojach, w tym potyczce z samym premierem Donaldem Tuskiem, w końcu chyba mamy nowy kształt reformy Państwowej Inspekcji Pracy, która będzie mogła przywrócić rzeczom ich właściwe miejsce.
Jak pracujesz jak na etacie, to masz mieć etat, a nie B2B, niezależnie od tego, ile zarabiasz i czy przez to nie będziesz mógł uciekać przed podatkami czy składkami ZUS.
Bożesztymój, trochę się rozckliwiam…
…jak pomyślę, że nasz kraj dorósł do tego, żeby w końcu przestrzegać prawa, które sam ustala. I żeby nie udawać, że się nie widzi, jak ktoś jawnie okrada system ubezpieczeń społecznych, fiskusa, czyli de facto całe społeczeństwo i oblekać to w płaszczyk wielkiej przedsiębiorczości naszych zaradnych rodaków.
Ale też trochę nie wierzę, że naprawdę dorośliśmy i zrobimy z rynkiem pracy porządek taki gruntowny. I nie dziwcie mi się, że nie wierzę, skoro Donald Tusk na przełomie roku nagle zablokował reformę PIP, argumentując, że to może zaszkodzić pracodawcom.
Premier de facto powiedział, że nie można doprowadzić do tego, żeby pracodawcy nie łamali prawa pracy, bo jak przestaną je łamać, to im to zaszkodzi. No więc obawiam się, że to się akurat nie zmieniło i premier za bardzo porządkować tego rynku pracy nadal nie chce, bo ZUS-owi czy naszej wspólnej kieszeni, o którą dba fiskus, szkodzić jakoś najwyraźniej łatwiej niż przedsiębiorcom.



















