Premier Donald Tusk wywołał potężny kryzys z reformą rynku pracy, który może skończyć się utratą miliardów z KPO. Eksperci przybiegają więc z ratunkiem i proponują: wywróćmy wszystko do góry nogami, zlikwidujmy składki na ZUS, na NFZ, dziwne rozliczenia PIT. Co w zamian?

Donald Tusk stwierdził „stop” i zablokował reformę PIP, która miała sprawić, żeby niektórzy „pracodawcy” przestali oszukiwać pracowników, skarbówkę i ZUS. Ale reformę rynku pracy obiecaliśmy Brukseli i jak jej nie zrobimy, stracimy miliardy z KPO.
Coś w zamian reformy PIP trzeba więc Unii zaproponować, żeby tych miliardów nie stracić. I ponoć w rządzie trwa pat i wszyscy rwą sobie włosy w głowy, co tu wymyślić, żeby Tusk, który okazał się wielkim liberałem, który staje za pracodawcami, a nie pracownikami, się na to zgodził.
Do tego musi to być pomysł skuteczny w walce z dualizmem polskiego rynku pracy, na którym ludzie często pracują dokładnie tak samo, ale jedni mają legalne umowy o pracę i w związku z tym płacą wyższe podatki i składki ZUS, ale mają też prawo do L4, urlopu i emerytury, a inni mogą w każdej chwili zostać zwolnieni i nie mają żadnych praw socjalnych jak te powyżej.
Polska to mała wariatka, co kręci się w kółko
Pisałam niedawno, że robimy z siebie właśnie wariatów. Bo reforma PIP, która miała dać prawo inspektorom pracy zamieniać nielegalne umowy śmieciowe w etaty decyzją administracyjną, to już był pomysł zastępczy.
Pierwotnie bowiem kamieniem milowym obiecanym UE w ramach KPO było pełne oskładkowanie umów zleceń. Wymyślił to PiS i sam się ociągał z wdrożeniem tego. A potem doszła do władzy koalicja i zrezygnowała z pełnego oskładkowania zleceń, wymyślając w zamian reformę PIP.
A teraz szef tej koalicji powiedział, że reformy PIP nie chce, na co Federacja Przedsiębiorców Polskich mówi: coś musimy zrobić, to oskładkujmy jednak wszystkie śmieciówki. Tylko ktoś to musiałby powiedzieć UE, że kręcimy się kółko i znów zmieniliśmy zdanie oraz ponownie wynegocjować zmianę kamienia milowego na ten stary.
Więcej wiadomości na temat rynku pracy można przeczytać poniżej:
Ale to tylko pomysł FPP, nie ma na razie sygnałów, czy premierowi Tuskowi się spodoba. Niewykluczone, że jednak nie będzie chciał wyjść przed Europą na wariata.
No więc jest drugi pomysł.
(Matko! Jakie to miłe, że wszyscy nagle rzucają się rządowi na pomoc, żeby więcej sobie tych włosów nie musiał wyrywać)
Potężna rewolucja w podatkach i składkach
I ten drugi pomysł to też kręcenie się w kółko, tylko promień tego koła jest trochę większy. Drugi pomysł bowiem też w Polsce już był przerabiany, tylko znacznie wcześniej niż pełne oskładkowanie zleceń. I też nikt ostatecznie nie odważył się go wprowadzić. A pomysł ten byłby jeszcze bardziej gorzki w konsekwencjach niż pełne składowanie zleceń i reforma PIP. I to razem wzięte.
Oto szefowie kilku think tanków wymyślili, że aby w końcu uporać się z dualizmem na rynku pracy, skończyć ze śmieciówkami, które zabierają ludziom bezpieczną przyszłość i fejkowymi firmami, które uprawiają arbitraż podatkowo-składkowy, należy wprowadzić jednolitą daninę.
Kto pamięta, o co w tym chodzi, już zadrżał. Kto nie ma pojęcia, wyjaśniam:
- nie byłoby już więcej zaliczek na podatek PIT odliczanych z pensji;
- nie byłoby też więc różnych stawek PIT dla przedsiębiorców - a to inne stawki na skali podatkowej, a to podatek liniowy, a to ryczałt, jak to dziś przebierać mogą sobie przedsiębiorcy;
- nie byłoby w ogóle składki zdrowotnej;
- nie byłoby w ogóle żadnej nazwanej tak czy inaczej składki płaconej do ZUS.
Zachwyceni? Niepotrzebnie, bo to nie znaczy, że dostawalibyście do ręki pensję brutto. Po prostu zamiast tych wszystkich składowych od pensji pracujących odciągana byłaby jedna składka, ale większą, łącząca wszystkie dotychczasowe.
Taka jest idea, choć w najnowszej wersji te składki są dwie, bo z pensji najpierw odliczana byłaby rzeczywiście liniowa składka ubezpieczeniowa, a potem dopiero podatek, który byłby progresywny.
Ta jednolita danina płynęłaby prosto do budżetu, zamiast do ZUS, NFZ czy skarbówki, i już z budżetu pieniądze rozdziale byłby na poszczególne cele.
Ale to w sumie dla was mniej istotne. To, co ważne, że taka jednolita danina objęłaby wszystkich, w równej wysokości - i etatowców i osoby na umowach cywilno-prawnych i przedsiębiorców, przy czym przedsiębiorcy - ci prawdziwi - mieli by jednak jakąś ulgę.
A to oznacza, że o ile dla pracowników na etatach wyszłoby z grubsza na jedno, o tyle ci na śmieciówkach czy B2B zaczęliby płacić znacznie więcej do budżetu, byliby oskładkowani dokładnie tak, jak etatowcy. Skończylibyśmy raz na zawsze z nierównościami podatkowo-składkowymi.
Rozumiecie, jak gigantyczne byłoby to wywrócenie stolika? Dodam jeszcze, że to żadna nowość. To już kiedyś wymyślił rząd Donalda Tuska w okolicach lat 2014-2015. Ba! Nawet potem PiS ten pomysł przejął i prace nad nim prowadził jakiś czas szef Komitetu Stałego Rady Ministrów w PiS Henryk Kowalczyk. Ostatecznie nic z tego nie wyszło.
Ale pomysł do dekadzie wraca. Tym razem w liście, jaki do resortów rodziny, pracy i polityki społecznej, finansów i gospodarki oraz funduszy i polityki regionalnej wysłali szefowie kilku znanych think-tanków zajmujących się polityką publiczną, a do którego dotarł money.pl.
Gdyby przekonali rząd, to byłaby potężna rewolucja wdrażana przez lata.







































