Teraz to politycy będą ustalać, ile będziecie płacić. Witajcie w nowym świecie
I właściwie nie tylko o cenach kredytów mówimy. Ręczne obniżanie cen chleba, prądu i kart kredytowych. Pandemia pchnęła świat w „komunizm” 2.0, w którym troska polityków o konsumentów jest ważniejsza niż wolność obrotu gospodarczego.

Szok ostatnio mógł wywołać u was Donald Trump, kiedy zapowiedział, że wprowadzi maksymalny limit oprocentowania kart kredytowych na poziomie 10 proc., podczas gdy obecnie to oprocentowanie wynosi około 20 proc. To zatem radykalne cięcie, ale szok może wynikać raczej z tego, że Trump powiedział to w okolicy 10 stycznia, a limit oprocentowania ma obowiązywać już od 20 stycznia, chociaż nikt nie ma pojęcia, na jakiej podstawie.
Cały Trump.
Przypomnę jednak, że ten ruch szokować nie powinien, bo Donald Trump składał taką obietnicę w kampanii wyborczej w 2024 r. Dlaczego więc jednak szczęka opada? Bo wówczas nikt nie traktował tego serio. Taka decyzja wymaga zgody Kongresu, a ten pewnie jej nie da, więc nie ma się czym przejmować - mówili wówczas analitycy.
A jednak, niewykluczone, że to się naprawdę wydarzy.
Czytaj więcej o wynikach amerykańskich firm:
Ci biedni ludzie nie mogą tyle płacić
Wcale nie chcę wam opowiadać o USA, ale wytrzymajcie jeszcze chwilę, zanim przejdę do Polski. Bo ta historia o wymuszeniu niższego oprocentowania kart kredytowych na firmach wydających karty kredytowe to nie jest ten jeden wyskok prezydenta USA.
Tak naprawdę zarówno Republikanie jak Demokraci już wcześniej głośno wyrażali swoje krytyczne stanowisko dotyczące wysokiego oprocentowania kart kredytowych i nawoływali do rozwiązania tego problemu, dociskającego amerykańskie społeczeństwo.
Ba! Obie strony amerykańskiej sceny politycznej wcześniej już nawet występowały z inicjatywami legislacyjnymi, ale wszystkie przepadły w Kongresie. To ponadpartyjne zjednoczenie jest tak silne, że za jedną z takich inicjatyw stał nawet lewicowy senator Bernie Sanders, jeden z najzagorzalszych krytyków Trumpa, który przygotował projekt przepisów wspólnie z republikańskim senatorem.
Dlaczego zwracam na to wszystko uwagę? Wcale nie chodzi mi o USA, ale - widzicie to? Mekka wolnego rynku, serce finansowe świata, synonim wolności, w tym tej gospodarczej próbuje ingerować w działalność prywatnych firm, mówiąc im, że za dużo zarabiają na usługach finansowych dla obywateli i muszą zarabiać o połowę mniej.
Po pierwsze, to już samo w sobie jest zaskakujące. Jakbyśmy żyli w jakimś innym świecie. A świat ten wykluł się po pandemii, kiedy rządy - nie tylko przecież USA - zaczęły osłaniać obywateli przed zbyt wysokimi kosztami - a to prądu, a to cen żywności, a to kredytów.
Europa też straszyła chciwe firmy
O cenach prądu wszyscy wiecie. A żywność? W Polsce politycy tylko się odgrażali, mówiąc o regulowanych cenach chleba, cukru czy mąki w 2022 r., Ale już w Wielkiej Brytanii w 2023 r. parlament wezwał na przesłuchanie przed komisją parlamentarną szefów największych spożywczych sieci handlowych: Tesco, Sainsbury’s, Asda i Morrisons, żeby wytłumaczyli się, dlaczego ceny w sklepach dalej rosną, choć okoliczności są dziś zupełnie inne niż rok wcześniej - ceny energii ostro spadły, ceny surowców rolnych również.
Francja z kolei ładnie poprosiła prezesów firm handlowych w swoim kraju, żeby z łaski swojej obniżyli ceny. 75 dużych graczy z branży spożywczej, którzy mają aż 80 proc. rynku, miało obniżyć ceny setek produktów na półkach. A jak nie, to podatkiem od nadmiarowych marż w nich.
I teraz spójrzcie na Polskę, na ten nasz Bezpieczny Kredyt 2 proc., potem pomysł Kredytu 0 proc. No dobra… skucha, te akurat ewidentnie były kiełbasą wyborczą w dodatku finansowaną przez podatników, a nie firmy świadczące usługi konsumentom.
Ale cofnijmy się jeszcze bardziej, do wakacji kredytowych. A to już ten sam schemat. Klienci mają drogo, a firmy, które coś drogiego tym klientom sprzedają, mają wysokie zyski, czyli aż tak drogo być nie musi, więc politycy ręcznie nakazują obniżenie cen, przynajmniej czasowo. Koszt interwencji polityków ponoszą sami przedsiębiorcy.
Nie chcę się tu rozwodzić, czy wakacje kredytowe były dobrym czy złym pomysłem, bo zupełnie nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że wówczas w Polsce banki mówiły, że wakacje kredytowe, czyli zmuszenie ich, żeby odstąpiły na jakiś czas z części należnych im odsetek, to ewenement na skalę światową, żeby nie powiedzieć - skandal.
I pewnie takich wakacji kredytowych na hipotekach żaden inny kraj rzeczywiście nie miał. Ale zaraz USA będą miały być może swoje wakacje kredytowe, tylko inaczej zorganizowane (projekt Berniego Sandersa zakładał obniżenie oprocentowania kart kredytowych do 10 proc. nie na zawsze, ale na okres pięciu lat). Mieliśmy też w różnych krajach wakacje energetyczne i wakacje żywnościowe. Tak naprawdę po prostu skręcamy w lewo, choć politycznie i w zakresie symboli niby w prawo. My, czyli Zachód, nie tylko sama jedna Polska.
Witajcie w nowym świecie, gdzie wolny rynek przestaje być świętością, bo człowiek jest jednak ważniejszy.







































