Tego jeszcze w USA nie było. Prezydent Donald Trump, kładąc autograf na dolarze, stawia kolejny krok we wspinaczce na wyżyny politycznego egotyzmu.

Przez ponad półtora wieku Amerykanie pilnowali, by dolar był symbolem instytucji państwa, a nie osoby – nawet jeśli chwilowo (w czasie kadencji) jest to najważniejsza postać w USA. Dotąd żaden lokator Białego Domu nie wpadł na pomysł, żeby podpisywać się na banknotach – ani uznawany za twórcę potęgi dolara Abraham Lincoln, ani nawet pierwszy prezydent USA George Washington.
Na jednodolarówce widnieje co prawda wizerunek tego drugiego, ale umieszczony tam został przez potomnych. Budowniczowie amerykańskiej państwowości byli niechętni wszystkiemu, co trąciło monarchią, a podpisy na banknotach były domeną królów. Dlatego od samego początku w Stanach Zjednoczonych dbano o to, by na krajowej walucie widniały podpisy urzędników skarbowych, a nie głowy państwa.
Donald Trump na banknotach
47. prezydent Stanów Zjednoczonych postanowił zerwać z tradycją. Pretekst podsunął kalendarz. W tym roku USA obchodzą 250. „urodziny”, więc Donald Trump postanowił to wykorzystać, by wskoczyć do portfeli nie tylko Amerykanów. Jak donosi amerykański Departament Skarbu: „podpis prezydenta Donalda J. Trumpa pojawi się na przyszłych banknotach obok podpisu Sekretarza Skarbu, co będzie pierwszym takim przypadkiem w historii w odniesieniu do urzędującego prezydenta”.
Od czasów Lincolna obowiązywała w USA żelazna zasada: banknoty sygnują urzędnicy skarbowi (skarbnik i sekretarz skarbu). Nie był to przypadek. Przez ponad półtora wieku Amerykanie trzymali się republikańskiej tradycji, że dolar nie jest „własnością” żadnego przywódcy. Podpis urzędnika miał gwarantować stabilność systemu i neutralność waluty, która nie powinna być billboardem (tymczasowego przecież) gospodarza Białego Domu.
O argumentację, dość zresztą karkołomną, zatroszczyła się jedna z ważniejszych postaci w otoczeniu urzędującego prezydenta – Scott Bessent, sekretarz skarbu.
W opublikowanym w czwartek, 26 marca, oświadczeniu stwierdził, że jego kraj pod przywództwem Trumpa zmierza ku „bezprecedensowemu wzrostowi gospodarczemu, trwałej dominacji dolara oraz sile i stabilności fiskalnej”.
Nie ma lepszego sposobu na uhonorowanie historycznych osiągnięć naszego wielkiego kraju i prezydenta Donalda J. Trumpa niż banknoty dolarowe z jego imieniem – konstatuje szef Departamentu Skarbu.
Wtóruje mu Brandon Beach, zaprzysiężony przez Trumpa niespełna rok temu na stanowisko skarbnika USA: „w miarę zbliżania się 250. rocznicy powstania naszego wielkiego narodu amerykańska waluta będzie nadal stanowić symbol dobrobytu, siły i niezachwianego ducha Amerykanów pod przywództwem prezydenta Trumpa”.
Wpływ prezydenta na historię jako architekta gospodarczego odrodzenia w Złotej Erze Ameryki jest niezaprzeczalny. Umieszczenie jego podpisu na amerykańskiej walucie jest nie tylko właściwe, ale także w pełni zasłużone – nie ma wątpliwości Beach, mimo że to właśnie jego podpis ustąpi na amerykańskich banknotach miejsca prezydenckiemu.
Trump na monetach
Na pierwszy ogień pójdą banknoty studolarowe. Po „spersonalizowaniu” podpisem urzędującego prezydenta trafią do druku w czerwcu 2026 r. W drugiej połowie roku pojawią się podpisane przez Trumpa banknoty o innych nominałach.
Jednak „papier” prezydentowi nie wystarcza. Podobnie jak sam podpis. Wkrótce Trump może pojawić się na dolarach w pełnej krasie – w amerykańskiej mennicy (United States Mint) można obejrzeć projekty monet z jego podobizną na awersie.

(fot. United States Mint)
Skok na dolara to kolejny element pełzającego rebrandingu USA. Trump nie ukrywa, że chciałby widzieć swoje nazwisko wszędzie: od muru na granicy, gdzie już wiszą tablice sławiące 45. i 47. prezydenta, po lotniska. Choć pomysł przemianowania lotniska Dulles czy powrotu do nazwy Departament Wojny wciąż budzi opór w Kongresie, sygnał wysłany do świata jest jasny: państwo to marka, a marka to Trump.
Trump na językach
Amerykanie są w ocenie tej niecodziennej z historycznej perspektywy aktywności prezydenta podzieleni. Dla republikanów to nie narcyzm, lecz „odzyskiwanie własności”. Argumentują, że przez lata USA były rządzone przez „bezimiennych biurokratów”, a Trump przywraca personalną odpowiedzialność za państwo. Choć trzeba zauważyć, że także wśród republikanów pomysły Donalda Trumpa zaczynają wywoływać konsternację.
Demokraci natomiast mówią o pełzającym w USA autorytaryzmie. I biją w głowę swojego państwa jak nigdy wcześniej.
Trump traktuje konstytucję jak umowę najmu, a symbole państwowe jak fasadę swojego hotelu. To nie jest branding, to aneksja państwa przez korporację Trump Organization – stwierdził Gavin Newsom, gubernator Kalifornii.
Demokraci nie chcą też Trumpa na dolarach. To dobro wspólne, tłumaczą, a nie billboard wyborczy.
Według demokratki Shontel Brown pojawienie się urzędującego prezydenta na amerykańskich pieniądzach jest „obrzydliwe i nieamerykańskie”.
Ale przynajmniej przypomni nam, komu podziękować, gdy będziemy płacić fortunę na stacji benzynowej – mówi kongresmenka.
Czytaj także na Bizblog.pl:
Śmiech przez łzy
Można się z tego śmiać, choć temu, kto liznął PRL-u i pamięta fasadowość ówczesnego systemu – powszechnie panujące lizusostwo, koniunkturalistów czy propagandę sukcesu odmierzaną w rytm kolejnych pięciolatek – zwyczajnie nie wypada. Narcystyczne zapędy prezydenta USA można by od biedy uznać za przejaw jedynie niegroźnego defektu, gdyby kończyły się na niepohamowanym pragnieniu obcowania z własnym wizerunkiem (np. przy okazji zaglądania do portfela). Jednak puchnące ego Trumpa przynosi realne i bardzo wymierne skutki – liczone nie tylko w dolarach (z jego podpisem czy bez), lecz także w tragedii tysięcy ludzi skazanych na skutki jego decyzji. A te, jak pokazują wydarzenia choćby z ostatnich tygodni, są zaskakujące nawet dla niego samego.



















