Centralne ogrzewanie to luksus dla nielicznych. Tak grzeją się Polacy
Zamurowało mnie, bo jako mieszczuchowi wydawało mi się, że centralne ogrzewanie to norma w Polsce, przynajmniej w miastach, w budynkach wielorodzinnych. Tymczasem to totalnie nieprawda. Tyle samo mieszkań ogrzewa się piecami kaflowymi co ciepłem z miejskiej sieci.

Postarajcie się ocieplić swoje domy jeszcze przed sezonem grzewczym - apelował były premier Mateusz Morawiecki.
Był lipiec 2022 r. Premier chciał nie tyle ustrzec Polaków przed rachunkami grozy, ile przede wszystkim ustrzec nas wszystkich przed brakami w dostawach gazu do Polski. Przed nami miała być pierwsza zima po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie.
Jedni kpili, że PiS właśnie rusza z nowym programem Styropian+, a KPRM tak przestraszył się ich kpin, że usunął z portalu X (dawniej Twitter) wpis z tym apelem premiera (co wywołało kolejną falę kpin, bo czyż to znaczy, żeby jednak nie ocieplać domów?).
A ja po słowach premiera miałam w głowie obraz starych domów, w złym stanie, ogrzewanych węglem albo i gazem, co również wydawało mi się czymś odległym, może nawet dziwnym w sensie niszowym. Przynajmniej w miastach.
Czyli miałam poczucie, że premier mówi tylko do kawałka Polski, do mieszkańców wsi i małych miasteczek, w jakimś sensie peryferii. Bo przecież bazowy scenariusz ogrzewania w polskich miastach to centralne ogrzewanie z miejskiej sieci ciepłowniczej, czyż nie?
Więcej o cenie energii przeczytasz w Bizblog:
C.O. jak piec kaflowy
Michał Tabaka, który pisze w Bizblogu o energetyce, od razu by mnie wyśmiał. Ja energetyką się zupełnie nie zajmuję, a w dodatku przez całe życie, mieszkając czy to w blokach, czy nawet w starych kamienicach, zawsze miałam centralne ogrzewanie. I stąd błąd poznawczy, który może dotyczyć też wielu z was.
No to teraz otwórzmy oczy. Macie pojęcie, ile z ok. 16 mln mieszkań i domów w Polsce korzysta z centralnego ogrzewania zasilanego z miejskiej sieci?
Niedawno ktoś mi zadał to pytanie, strzelałam, że 30 proc., biorąc poprawkę, że mówimy o skali całego kraju, a więc uwzględniając również domy na wsi oraz że niezależnie, czy to miasto, czy wieś, mówimy o wszystkich budynkach - nie tylko o mieszkaniach w budynkach wielorodzinnych, ale też o domach jednorodzinnych. To na pewno zaniża statystykę wyobrażoną, którą w głowie ma mieszkaniec dużego miasta mieszkający całe życie w bloku.
Gdybym miała strzelać, jaki odsetek korzysta z ciepłowniczej sieci miejskiej tylko w miastach i mówimy tylko o mieszkaniach, bez domów, stawiałbym nawet na 60 proc.
A wy? Jakieś typy? To bardzo pouczające ćwiczenie.
No to jak już sobie odpowiedzieliście, to teraz wjeżdżają prawdziwe dane pochodzące z Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków. Otóż z ponad 16 mln mieszkań i domów w Polsce zaledwie 6 proc. ma centralne ogrzewanie z miejskiej sieci ciepłowniczej. To niewiele ponad milion mieszkań.
Dla lepszego zobrazowania - to mniej niż liczba mieszkań i domów, które są w Warszawie.
Albo jeszcze jedno porównanie, które mną wstrząsnęło - dokładnie tyle samo mieszkań i domów - 6 proc. - ogrzewane jest piecem kaflowym na paliwo stałe.
Jak ogrzewa się Polska?
A pompy ciepła, które są tak rekomendowane przez specjalistów i o które co rusz wybuchają w debacie publicznej awantury, że generują rachunki grozy? Wydawałoby się, że to ciągle nisza, tymczasem w porównaniu do C.O. nie aż tak straszna. Pompami ciepła ogrzewane jest 2 proc. lokali - czyli jedna trzecia tego, co ogrzewanie C.O.
To jak właściwie najczęściej ogrzewają się Polacy? Króluje gaz - kocioł, bojler, podgrzewacz czy kominek gazowy ogrzewają 28 proc. wszystkich mieszkań w Polsce. 17 proc. lokali mieszkalnych ogrzewanych jest kotłami na paliwo stałe i to takie podawane ręcznie. Na trzecim miejscu jest prąd, czyli ogrzewanie elektryczne czy boiler elektryczny - tak ogrzewa się 15 proc. lokali mieszkalnych w Polsce.
I dopiero mając ten prawdziwy obraz przed oczami można zrozumieć, skąd te alarmistyczne tony co chwilę, dotyczące rachunków za prąd czy gaz. Prąd miał przecież po odmrożeniu cen wcale nie podrożeć od 2026 r., a okazuje się, że ludzie już dostają rachunki o kilkadziesiąt procent wyższe. „Gazeta Wyborcza” niedawno pisała o podwyżkach nawet o 45 proc. Jak to możliwe?
Bo ceny są względnie stabilne po odmrożeniu tylko dla tych, którzy korzystają z taryf - to ok. 9,5 mln gospodarstw domowych. Ale kolejne 6 mln gospodarstw korzysta z oferty pozataryfowej, czyli mają ceny z cenników dostawców energii, których URE nie reguluje. I te rosną szaleńczo.
A co gorsza dla ogrzewających prądem, w ubiegłym roku prąd mieliśmy może i dość drogi, ale byliśmy w średniej UE, ale przyszłość nie rysuje się dobrze. Branżowy portal wysokienapiecie.pl pisał niedawno, że w 2027 r. możemy mieć w Polsce wręcz najdroższy prąd w Europie.
A gaz? Polski Alarm Smogowy niedawno szacował, że ogrzewanie gazem jest już o ok. 27 proc. droższe niż rok temu, a kolejne lata też nie przyniosą Polakom ulgi.







































