Wydawało się, że takie traktowanie pracowników w dyskontach minęło już jakieś 20 lat temu, ale okazuje się, że nie. Przeciążenie pracą, dwojenie się między kasą a paletami z towarem, których jest za dużo, a na deser 12 stopni Celsjusza w sklepie, bo ktoś „oszczędza” na ogrzewaniu.

O Dino było już głośno niedawno. Związkowcy robią tam dym i to nie dlatego że walczą o wyższe pensje z właścicielem. Notabene najbogatszym człowiekiem w Polsce, dosłownie - to numer jeden na liście 100 najbogatszych Polaków z majątkiem ok. 23 mld zł.
Mało ludzi i zimno jak w psiarni
Pracownicy w Dino walczą przede wszystkim o zwiększenie zatrudnienia w sklepach, bo personelu jest za mało i przez to są przeciążeni pracą. Czasem na zmianie są tylko trzy osoby, a Dino to przecież nie małe osiedlowe sklepiki, ale dyskonty. Jedna osoba zachoruje i jest paraliż.
Właśnie w związku z tym niskim poziomem zatrudnienia pracownicy niedawno dostali informację, że nie wolno im brać dwutygodniowych urlopów wakacyjnych od czerwca do sierpnia, co oznacza, że w czasie wakacji szkolnych nie będą mogli pojechać z dziećmi na urlop.
A najlepiej, jak przysługujący im urlop wypoczynkowy zaczną wybierać od stycznia, idealnie w sposób urywany, pod dwa dni w miesiącu, bo nie chodzi o to, żeby wypoczęli, ale żeby wypstrykali się ze swojej urlopowej puli jak najszybciej i potem nie zawracali głowy. Więcej o tym możecie zobaczyć tu:
Do tego związkowcy skarżą się na brak Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, choć Dino zatrudnia dziesiątki tysięcy osób oraz – uwaga – na zbyt niską temperaturę w sklepach, czyli w ich miejscu pracy. No i firma się doigrała, bo na początku stycznia rozpoczęły się kontrole Państwowej Inspekcji Pracy. I wyszło na jaw, że tak, w sklepach było zimno, w niektórych temperatura sięgała ledwo 12 stopni Celsjusza. PIP stwierdził też skrajne niedobory kadrowe oraz zbyt dużo towaru jak na wielkość sklepu, przez co były one nieprawidłowo składowane. W domyśle: mogły stanowić zagrożenie.
Gdzie PIP jeszcze nie dotarł i nie nakazał zmiany warunków, pracownicy i tak odczuwają już pewną poprawę, bo jak mówią związkowcy, w obawie przed kontrolą, podkręcono przynajmniej ogrzewanie.
Czytaj więcej o zakupach
Biedronka na cenzurowanym
Ale to nie koniec tych smutnych opowieści z handlu, bo okazuje się, że PIP zaczął kontrole też w Biedronce. I tu większe zdziwienie, bo ta sieć ma za sobą smutną przeszłość w traktowaniu pracowników przeciążonych pracą, którzy ostatecznie poszli do sądu i cała Polska czuła się tym co najmniej poruszona. I wydawało się, że Biedronka odrobiła już tę lekcję, a tu okazuje się, że nie.
Problemy zaczęły się na początku grudnia, kiedy sieć w związku ze świątecznym ruchem wydłużyła godziny pracy, w niektórych sklepach nawet do pierwszej w nocy. Bez wcześniejszych zapowiedzi. Bez planu.
A żeby te godziny otwarcia sklepów obsadzić, trzeba było pocisnąć pracowników. Ci zaczęli skarżyć się na łamanie prawa do odpoczynku dobowego oraz - znamy to już - zakaz urlopów w grudniu, bo przecież to gorący okres w interesie.
Pracownicy twierdzą, że zostali pozbawieni urlopów nie tylko tych wypoczynkowych, ale też tych na opiekę nad dzieckiem. Czy tak było? Zweryfikuje PIP, który już wszedł z kontrolą do Biedronki i posiedzi tam jeszcze kilka tygodni.







































