Ceny energii znów wystrzeliły. Polska na czele całej UE
Podobno zima nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i na przełomie stycznia i lutego mamy być świadkami kolejnej fali mrozów. Z kolei cena uprawnień do emisji CO2 uparcie idzie na rekord. Efekt? Polska znowu ma najwyższą ceną energii na Rynku Dnia Następnego.

Chociaż OZE w naszym kraju coraz bardziej rozpychają się łokciami, to jednak ciągle nasz miks energetyczny jest zbudowany przede wszystkim na węglu. Owszem, czarne złoto oddało już sporo pola i w ubiegłym roku nie brakowało miesięcy, gdzie udział węgla w produkcji energii spadał poniżej 50 proc. (tak było w kwietniu, maju, czerwcu i sierpniu), ale jednak do ostatecznej zmiany warty jeszcze daleka droga. A że unijna polityka klimatyczna uparcie jest wycelowana w paliwa kopalne (chociaż gaz ziemny jest jeszcze traktowany pobłażliwie), to nasz węglowy rodowód ma swoje konsekwencje. Część z ich widać bardzo dobrze w przypadku sportowej ceny energii, czyli takiej na Rynku Dnia Następnego.
Cena energii, czyli Polska znowu górą
W ostatnim czasie zdarza się to nader często. Chodzi o pozycję Polski w zestawieniu ceny energii dla Rynku Dnia Następnego w UE. Ze względu m.in. na węglowy miks energetyczny, rosnące ceny uprawnień do emisji CO2, ale też przez małą elastyczność sieci jesteśmy często na pierwszym miejscu w tej tabeli. Nie inaczej jest 27 stycznia. Polska ze stawką na poziomie 222 euro za jedną megawatogodzinę przewodzi całej stawce. Tuż za nami plasują się kraje bałtyckie: na Litwie, Estonii i Łotwie oraz w Finlandii obowiązuje cena 217 euro.
Więcej o cenie energii przeczytasz w Bizblog:
Nigdzie indziej granicy 200 euro nie udało się przebić. Ale drogo jest też m.in. na Węgrzech (184 euro), w Rumunii (184 euro), na Słowacji (185 euro), czy w Bułgarii (179 euro). A jak wygląda sytuacja po odwróceniu tej tabeli do góry nogami? Najniższą ceną energii mogą poszczycić się w Portugalii (35 euro), we Francji (94 euro) oraz w Belgii i Holandii (po 117 euro). Spuchły też stawki w tradycyjnie taniej pod tym względem Skandynawii. W Norwegii to od 117 do 140 euro, a w Szwecji - od 141 do 150 euro.
Za węglową energię możemy płacić jeszcze więcej
I to zanim polityka klimatyczną UE przyspieszy, co nastąpi po wejściu w życie m.in. dyrektywy budynkowej EPBD, czy drugiego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 ETS2, który będzie wycelowany w budownictwo i transport. Bo wcześniej wyraźną zwyżkę może czekać cena emisji dwutlenku węgla. Obecnie za wyemitowanie 1000 kg CO2 w systemie ETS trzeba zapłacić więcej niż 86 euro. Do rekordu na poziomie 98 euro z kwietnia 2023 r. prowadzi więc krótka droga.
ETS wyraźnie zrealizował swój główny cel: skuteczną redukcję emisji przy ograniczonych zakłóceniach gospodarczych. Wyzwaniem na przyszłość jest utrzymanie tej równowagi w obliczu wzrostu cen emisji dwutlenku węgla i przenoszenia redukcji emisji do trudniejszych do dekarbonizacji sektorów przemysłu - czytamy w najnowszej analizie think tanku Bruegel.

Wzrost ceny emisji CO2 w systemie ETS wydaje się nieunikniony i - czy tego chcemy czy nie - będzie przekładać się na cenę energii w Polsce. Widać to wyraźnie w ostatnich miesiącach. Jeszcze na przełomie lipca i sierpnia ub.r. byliśmy na poziomie 70–72 euro. Granicę 80 euro udało się pokonać na początku listopada. A w połowie stycznia 2026 r. dopadliśmy do poziomu 90 euro. I lepiej w najbliższym czasie przygotować się na scenariusz co najmniej 100 euro za wyemitowanie tony CO2.
Przy prognozowanej cenie emisji dwutlenku węgla wynoszącej około 150 euro za tonę w 2030 r. i prognozowanym limicie 774 mln uprawnień UE, aukcje uprawnień dla energochłonnych sektorów mogłyby wygenerować ponad 37 mld euro przychodów w samym 2030 r., co mniej więcej odpowiadałoby potrzebom inwestycyjnym - twierdzą analitycy z Bruegel.







































