Bezrobocie wciąż jest niskie, ale liczby zaczynają układać się w niepokojący wzór. Rząd tłumaczy wzrost wskaźników zmianami w prawie, jednak dane i opinie ekspertów sugerują coś więcej niż statystyczny efekt uboczny reform. To sygnał, że rynek pracy wchodzi w fazę selekcji, w której o bezpieczeństwie decydują kompetencje, a nie sam fakt posiadania zawodu.

Bezrobocie pozostaje niskie, ale dane pokazują wyraźny trend wzrostowy. W grudniu 2025 r. stopa bezrobocia wyniosła 5,7 proc., wobec 5,1 proc. rok wcześniej – wynika z danych publikowanych przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Liczba osób pozostających bez pracy wzrosła z 786 tys. do 889 tys.
Ministerstwo Pracy konsekwentnie studzi emocje. Tłumaczy, że pogorszenie wskaźników, takich jak stopa bezrobocia rejestrowanego, to w dużej mierze efekt zmian w prawie, które weszły w życie 1 czerwca 2025 r. Chodzi między innymi o nowe zasady rejestracji bezrobotnych i rozszerzenie katalogu osób ujmowanych w statystykach. W tej narracji rynek pracy zasadniczo pozostaje stabilny, a wzrost bezrobocia ma charakter techniczny.
Problem w tym, że ta interpretacja nie wyjaśnia wszystkiego.
Czytaj więcej w Bizblogu o rynku pracy
Dane mówią więcej niż komunikat
Eksperci rynku pracy zwracają uwagę, że wzrost liczby osób bez pracy nie jest jednorazowym skokiem związanym z przepisami, lecz może być częścią szerszego trendu. Zdaniem analityków Personnel Service mamy do czynienia z początkiem strukturalnej zmiany, a nie wyłącznie statystycznym efektem reformy.
Rynek pracy coraz szybciej eliminuje osoby, które nie rozwijają swoich kompetencji. Już w 2025 roku 45 proc. pracowników deklarowało chęć podnoszenia kwalifikacji, bo coraz więcej osób widzi, że brak rozwoju oznacza ryzyko wypadnięcia z rynku – podkreśla Krzysztof Inglot, założyciel Personnel Service.
To ważne o tyle, że zmiany w prawie mogą wpłynąć na to, kogo liczymy jako bezrobotnego, ale nie tłumaczą, dlaczego coraz więcej osób ma problem z utrzymaniem zatrudnienia w konkretnych branżach.
AI i automatyzacja robią swoje
W tym miejscu wchodzą wnioski płynące z analiz międzynarodowych. World Economic Forum w raporcie „Four Futures for Jobs in the New Economy: AI and Talent in 2030” wskazuje, że kluczową zmianą na rynku pracy nie jest sama technologia, lecz tempo jej wdrażania.
Sztuczna inteligencja coraz częściej staje się zwykłym narzędziem pracy, a nie ciekawostką z działu IT. Znika część prostych, powtarzalnych zadań, a rośnie zapotrzebowanie na osoby, które potrafią pracować z technologią, nadzorować ją i podejmować decyzje tam, gdzie algorytm nie wystarcza.
Tego nie da się wyjaśnić nowelizacją ustawy.
To nie załamanie, ale selekcja
Eksperci są zgodni co do jednego: rynek pracy nie wali się, ale staje się bardziej selektywny. Osoby z aktualnymi kompetencjami, gotowe do zmiany i uczenia się, wciąż znajdują zatrudnienie. Problem dotyczy tych, którzy przez lata funkcjonowali w zawodach i rolach, które dziś są automatyzowane albo tracą znaczenie.
Dlatego sprowadzanie wzrostu bezrobocia wyłącznie do zmian w przepisach jest wygodne, ale niepełne. Prawo mogło „podbić” wskaźniki, ale nie stworzyło problemu, który coraz wyraźniej widać w danych.
Dwa obrazy rynku pracy
W praktyce mamy dziś dwa równoległe obrazy rynku pracy. Ten pierwszy – rządowy – mówi o stabilności i statystycznych efektach reform. Ten drugi zapowiada głęboką zmianę strukturalną, w której o miejscu na rynku decydują kompetencje, a nie sam fakt posiadania zawodu.
I to ten drugi obraz jest ważniejszy z punktu widzenia pracowników. Nawet jeśli część wzrostu bezrobocia da się wyjaśnić zmianami w prawie, to kierunek zmian pozostaje ten sam: rynek nie wybacza stagnacji.







































