Bunt przeciwko ETS. Berlin otworzył puszkę Pandory
Zbyt wysoka cena uprawnień do emisji CO2 rozjuszyła część unijnych przywódców. Ale zbliżająca się reforma systemu ETS może ich rozczarować. Komisja Europejska chce się bowiem skupić na tym, gdzie trafiają dochody z tego tytułu, które na razie w bardzo małej części dotyczą dekarbonizacji.

To nie było tak, że wcześniej wszyscy tylko chwalili ETS, unijny system handlu uprawnieniami do emisji CO2. Pojawiała się krytyka, ale pojedyncza, odosobniona. Teraz jest jednak inaczej. Zaczęło się od negatywnej opinii Friedricha Merza, kanclerza Niemiec, w trakcie Europejskiego Szczytu Przemysłowego w Antwerpii, który jednoznacznie zasugerował pilną potrzebę zmian.
Jeśli nie jest to właściwy instrument, powinniśmy być bardzo otwarci na jego rewizję, a przynajmniej odroczenie - zaproponował szef niemieckiego rządu.
Ale tym razem to nie jest już pojedynczy głos w unijnej debacie. Wygląda na to, że inni przywódcy państw UE tylko czekali na tego pierwszego, który odważy się podnieść rękę na system ETS i teraz chętnie do niego dołączają.
Emisja CO2 pod presją zmasowanej krytyki
Wcześniej o systemie ETS źle mówiono m.in. w Warszawie, czy Pradze. Ale dopiero krytyka ze strony Berlina wydaje się, że otworzyła puszkę Pandory. Nagle wysokie ceny emisji CO2 stały się problematyczne także dla prezydenta Francji Emmanuela Macrona.
To bardzo obciąża niektóre gospodarki. Komisja Europejska przedstawi w marcu konkretne rozwiązania, które zmniejszą te obciążenia - zapowiedział francuski przywódca.
Na zbyt wysokie koszty przemysłu - przez takie stawki emisji CO2 - zwrócił uwagę też Bart De Wever, premier Belgii. Z kolei Andrej Babis, premier Czech, powtórzył wcześniejsze oskarżenia o niszczącym wpływie ETS na przemysł naszych południowych sąsiadów. Ta zmasowana krytyka ETS wodzona jest już w cenie emisji CO2.
Szkody już zostały wyrządzone. Rynek stracił około 10 euro w bardzo krótkim czasie. To wyraźny znak erozji zaufania do długoterminowej stabilności systemu - uważa Marcus Ferdinand, dyrektor ds. analityki w firmie Veyt, zajmującej się analizą rynku emisji dwutlenku węgla, cytowany przez Politico.
Reforma systemu, czyli więcej pieniędzy na dekarbonizację
Trudno dyskutować z faktami. Obecnie wyemitowanie tony dwutlenku węgla w unijnym systemie handlu emisjami ETS kosztuje mniej niż 70 euro. Ostatni raz tak tanio było na początku marca 2025 r. Dla części analityków nie ma w tym żadnego przypadku.
Wygląda to na całkiem dobrze zorganizowaną kampanię przeciwko ETS prowadzoną przez część europejskiej społeczności branżowej, mającą na celu obniżenie poprzeczki przed nadchodzącym przeglądem ETS - sugeruje Marcus Ferdinand.
O niebezpiecznej narracji wycelowanej w najważniejsze założenia europejskiej dekarbonizacji wspomina również Międzynarodowe Stowarzyszenie Handlu Emisjami.
Wydarzenia ostatnich dwóch dni dobitnie pokazały, że zaufanie wymaga stabilności zarówno politycznej, jak i regulacyjnej. EU ETS musi pozostać chroniony przed doraźnymi interwencjami politycznymi, które mogą podważyć zaufanie inwestorów i osłabić europejską ścieżkę dekarbonizacji - czytamy w stanowisku Międzynarodowego Stowarzyszenia Handlu Emisjami (IEAR).
Więcej o emisji CO2 przeczytasz w Bizblog:
W tym roku system ETS czeka przegląd. Ale teraz trudno określić, na czym się skończy. Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej, cały czas broni systemu ETS i przy okazji przypomina, że państwa członkowskie inwestują mniej niż 5 proc. dochodów z ETS w dekarbonizację przemysłu, co ma być głównym celem nadchodzącej reformy ETS. Inni też zwracają uwagę, że rezygnacja z ETS byłaby strzałem w kolano.
Jeśli mamy wysokie ceny energii, rezygnacja z zasad ETS jest jak sikanie w spodnie: daje krótkotrwałą ulgę, ale w dłuższej perspektywie karze nas samych. Utrzymanie naszej zależności od ropy naftowej i gazu to naprawdę najskuteczniejszy sposób na utrzymanie przemysłu w pułapce wysokich cen i dużej podatności na zagrożenia - przekonuje w rozmowie z Politico centrowa szwedzka europosłanka Emma Wiesner.







































