Prezydent Nawrocki zawetował ustawę, która miała ograniczyć skalę patologii w internecie, bo uznał, że „cenzura”. Rząd ma problem, bo może dostać karę za niewdrożenie unijnej dyrektywy, więc musi mieć sposób na uniknięcie kolejnego weta. Resort podzielił te przepisy na dwie ustawy i liczy na to, że chociaż jedną uda mu się przepchnąć.

W wykazie prac legislacyjnych rządu pojawiły się dwa projekty ustaw dotyczące wdrożenia unijnego Aktu o usługach cyfrowych, czyli DSA. To reakcja na niedawne prezydenckie weto za „administracyjną cenzurę internetu”. Rząd zdecydował się więc podzielić całość na dwa osobne projekty, aby szybciej uruchomić przynajmniej mniej sporną część przepisów, bo wisi nad nim groźba sankcji ze strony TSUE.
Co to jest dyrektywa DSA?
DSA obowiązuje w całej Unii już od dwóch lat i dotyczy platform internetowych, mediów społecznościowych, sklepów online czy wyszukiwarek. Nakłada na nie obowiązek reagowania na nielegalne treści, większą przejrzystość zasad moderacji oraz prawo użytkownika do odwołania się od decyzji o usunięciu wpisu. Bez odpowiedniej ustawy wiele z tych mechanizmów w Polsce jednak nie działa.
Pierwszy projekt to ustawa technicznie uruchamiająca DSA na polskim gruncie prawnym. Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej ma stać się głównym koordynatorem usług cyfrowych, który ma kontrolować platformy i w razie potrzeby nakładać kary, nawet do 6 proc. globalnego obrotu firmy. W nadzór mają być też włączone UOKiK i KRRiT.
Projekt wprowadza też rozwiązania wymagane przez prawo unijne, ale mało znane zwykłym użytkownikom. Chodzi m.in. o status „zaufanego sygnalizującego”, którego zgłoszenia platformy muszą traktować priorytetowo. Ma też pojawić się możliwość rozstrzygania sporów z serwisami przez niezależne organy, bez konieczności angażowania sądów.
Czytaj więcej o spółkach tech:
Drugi projekt jest bardziej kontrowersyjny, bo dotyczy wspomnianej „cenzury” internetu. Ustawa ustala procedury wydawania nakazów usuwania lub blokowania najcięższych nielegalnych treści w internecie. DSA wymaga, by każde państwo miało jasne zasady, kto i w jakim trybie może wydać taki nakaz. Polska do tej pory nie miała jednej procedury obejmującej różne typy platform.
Blokada treści w ostateczności
Nowe przepisy pozwolą prokuraturze, policji czy innym instytucjom złożyć wniosek o nakaz do UKE lub do KRRiT. Chodzi wyłącznie o ściśle określone przestępstwa, takie jak pornografia dziecięca, handel ludźmi, nawoływanie do przemocy czy poważne oszustwa. Katalog tych czynów jest zamknięty, co ma ograniczać nadużycia w stosowaniu tych przepisów.
Sprawiedliwość tych postępowań ma gwarantować udział w nich platformy internetowej oraz autora treści, jeśli jest znany. Co więcej, decyzja organu nie będzie wykonywana natychmiast, bo autor będzie miał czas na złożenie sprzeciwu do sądu, który może wstrzymać jej wykonanie. Dopiero brak reakcji platformy może skutkować karami przewidzianymi w DSA, a w skrajnych przypadkach blokadą całej strony.
Rząd tłumaczy, że po wecie prezydenta podział ustawy na dwie był konieczny, by uniknąć dalszych opóźnień. Polska już otrzymała wezwania z Komisji Europejskiej, a za brak wdrożenia grożą kary z TSUE, szacowane nawet na 40 mln euro. Rząd ma przyjąć obie ustawy jeszcze przed wakacjami.







































