REKLAMA

15 tys. na rękę i 39 dni urlopu w budżetówce. Przyzwyczajajcie się

Oferta pracy dla medyków i psychologów w zakładzie karnym niezdrowo poruszyła Polaków. Jednak problem nie leży w wysokich zarobkach, ale w tym, że przez lata państwo płaciło specjalistom zdecydowanie za mało. Próbując dzisiaj konkurować o lekarzy i pielęgniarki z sektorem prywatnym, zaczyna nadrabiać zaległości. I nagle zrobiła się afera.

15 tys. na rękę i 39 dni urlopu w budżetówce. Przyzwyczajajcie się
REKLAMA

Wszystko zaczęło się od ogłoszenia. Okazało się, że w jednym z zakładów karnych lekarz może zarobić miesięcznie od 18 tys. do 22 tys. zł brutto, czyli na rękę od 12 600 do 15 327 zł . Psycholog może dostać na start 6 tys. zł netto, a pielęgniarka lub ratownik medyczny 5,4-5,8 tys. zł na rękę, z możliwością podwyżki 6 tys. zł po odbyciu szkolenia.

To nie koniec. Bo do zasadniczej pensji dochodzą dodatki: świadczenie mieszkaniowe sięgające 1500 zł miesięcznie, dopłaty do wypoczynku, trzynastka czy równoważnik za umundurowanie. W przypadku funkcjonariuszy rośnie też wymiar urlopu od 26 dni na starcie do nawet 39 dni rocznie po dwóch dekadach służby.

REKLAMA

Przy okazji oburzonym umyka charakter tej pracy, który wyraźnie odróżnia ją od zwykłych etatów w ochronie zdrowia.

To nie jest zwykły etat w ochronie zdrowia

Lekarz w więziennym szpitalu nie zajmuje się wyłącznie prowadzeniem terapii. Odpowiada za cały proces leczenia osadzonych, kwalifikuje ich do rehabilitacji, monitoruje postępy i koordynuje pracę zespołu. Wszystko to w warunkach zamkniętej jednostki, z ograniczonym dostępem do części zasobów systemu ochrony zdrowia i w środowisku, które wymaga zachowania szczególnych procedur bezpieczeństwa.

Więcej na temat systemu ochrony zdrowia:

Psycholog pracuje bezpośrednio z osobami pozbawionymi wolności. Diagnozuje, prowadzi terapie, funkcjonując na styku systemu zdrowia i systemu resocjalizacji. To praca wymagająca nie tylko kwalifikacji, ale też odporności psychicznej i gotowości do działania w trudnych, napiętych sytuacjach.

Z kolei pielęgniarki i ratownicy medyczni pełnią służbę w trybie mundurowym. Oznacza to nie tylko świadczenie opieki medycznej, ale również funkcjonowanie w strukturze formacji z obowiązkami, które wykraczają poza standardową pracę w szpitalu czy przychodni.

W każdym przypadku lista wymagań jest długa: odpowiednie wykształcenie, pełnia praw publicznych, niekaralność, a także zdolność fizyczna i psychiczna do pracy w specyficznych warunkach.

To nie są etaty dla każdego.

Skandal? Raczej rachunek, który przez lata odkładaliśmy

A teraz oburzeni tymi super warunkami niech cofną się w czasie o kilka lat. Mieliśmy wtedy zupełnie inny problem. Lekarze i pielęgniarki masowo wyjeżdżali z Polski. Najpopularniejsze kierunki: Wielka Brytania, Niemcy, Norwegia. Powód prozaiczny wyższe zarobki, lepsze warunki pracy i większy szacunek dla zawodu.

Ile kosztuje brak specjalistów?
Brak lekarzy i pielęgniarek w sektorze publicznym to nie tylko problem kadrowy – to realne koszty dla państwa i pacjentów:
  • dłuższe kolejki i ograniczony dostęp do leczenia
  • konieczność zlecania usług na zewnątrz, często drożej
  • przeciążenie personelu i spadek jakości opieki
  • ryzyko zamykania oddziałów lub ograniczania działalności
👉 Prościej: tanie etaty często okazują się najdroższym rozwiązaniem.

W tamtym czasie alarmowano, że system się wypłukuje z kadr, a młodzi medycy nie widzą dla siebie przyszłości w kraju. Padały mocne słowa o zapaści kadrowej i konieczności pilnego podniesienia wynagrodzeń. Państwo przez lata reagowało z opóźnieniem, często połowicznie.

Do tego dochodził podsycany przez polityków hejt i osobliwe pomysły naszych światłych parlamentarzystów. Niektórzy proponowali, absolwenci kierunków medycznych przymusowo pracowali w publicznej służbie zdrowia - najlepiej za darmo, inni proponowali, by chcący wyjechać oddawali pieniądze za studia.

Teraz zbieramy tego żniwo.

Sytuacja się zmieniła. Narracja niekoniecznie

Wynagrodzenia w ochronie zdrowia wzrosły na tyle, by ograniczyć wyjazdy i zatrzymać kadry w kraju. Ale to znów nam nie pasuje. Pamiętacie hasła: „pokaż, lekarzu, o co masz w garażu?”. No właśnie.

Gdy w sektorze publicznym pojawiają się stawki, które zaczynają przypominać realia rynkowe – choć w wielu przypadkach nadal są od nich niższe, zwłaszcza wobec kontraktów w prywatnych placówkach – natychmiast wraca narracja o „rozpasaniu” i „przesadzie”.

To odwrócenie logiki.

Prawdziwy problem nie był w za wysokich pensjach

Prawdziwym skandalem nie jest to, że lekarz może zarobić 20 tys. zł. Skandalem było to, że przez lata oferowano mu stawki, które wypychały go za granicę albo w najlepszym wypadku do ucieczki do prywatnego sektora.

To samo dotyczy pielęgniarek i ratowników medycznych – zawodów, które przez lata funkcjonowały na granicy wydolności, z niedoborami kadrowymi i rosnącą średnią wieku pracowników.

Musicie się pogodzić z tym, że kompetencje trzeba godnie wynagradzać.

REKLAMA

Bez tego nie będzie komu pracować. Zwłaszcza w miejscach tak wymagających jak zakłady karne, gdzie praca oznacza nie tylko leczenie, ale też funkcjonowanie w systemie bezpieczeństwa i pracę z trudnymi pacjentami.

Oburza was wysokość wynagrodzeń? Alternatywa jest znacznie mniej wygodna: brak lekarzy, brak pielęgniarek i system, który działa tylko w teorii.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-21T04:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T21:52:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T17:37:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T14:38:35+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T14:31:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T09:45:49+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T08:01:11+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T06:31:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T05:29:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-20T04:01:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-19T21:37:00+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA