Polska mogłaby zarabiać na węglu? Jest jedna przeszkoda
Były wiceszef resortu gospodarki przekonuje, że w dobie odwracania się od coraz droższego gazu, Polska mogłaby zarabiać na sprzedaży węgla. Szkoda tylko, że nasze kopalnie nie potrafią zabezpieczyć nawet krajowego zapotrzebowania na czarne złoto.

Jerzy Markowski był wiceministrem gospodarki w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. W ostatnich latach dał się poznać, jako zagorzały zwolennik węgla, na którym - jak przekonuje - Polska powinna budować swój dobrobyt. I swojego zdania nie zmienia teraz, w środku konfliktu na Bliskim Wschodzie, który wywrócił energetyczny stolik do góry nogami. W rozmowie z Trybuną Górniczą przekonuje, że w takim krajobrazie geopolitycznym Polska mogłaby na węglu nawet nieźle zarabiać.
Wzrost cen gazu, który jest szeroko wykorzystywany w energetyce (ropa mniej, głównie w transporcie), sprawia, że wiele krajów – zarówno tych, które już są na węglu, jak i tych, w których węgiel był w zaniku – wraca do węgla kamiennego lub brunatnego. To siłą rzeczy zwiększa popyt i cenę węgla, nie tylko energetycznego, też koksowego - twierdzi Jerzy Markowski.
Węgiel z coraz mniejszą produkcją w Polsce
Trudno nie zgodzić się z tą diagnozą. Wystarczy zerknąć na kurs akcji JSW, spółki - co warto przypominać - cały czas walczącej o utrzymanie płynności finansowej. W najgorszym dołku, jaki nastąpił w połowie grudnia zeszłego roku za jeden walor jastrzębskiej spółki trzeba było zapłacić 21,39 zł. W drugiej połowie lutego br. to już było 25,25 zł. Obecnie jednak akcja JSW wyceniana jest na 31,87 zł.
W portach ARA, europejskim benchmarku dla węgla, czarne złoto obecnie jest po ok. 128 dol. za tonę. Takie stawki ostatni raz widzieliśmy na przełomie października i listopada 2023 r. Dlaczego wiec Polska na tym węglowym boomie nie zarabia?
Więcej o węglu przeczytasz w Bizblog:
My niestety nie mamy już czego eksportować, wręcz przeciwnie – sami importujemy węgiel. A przecież, w obecnej sytuacji, polskie spółki węglowe mogłyby konkurować w Europie, tak naprawdę tylko z węglem z Kazachstanu - diagnozuje obecną sytuację Jerzy Markowski, narzekając w ten sposób na bardzo kiepskie wydobycie węgla w naszym kraju.
Wydobycie skurczyło się o 12 mln ton węgla w cztery lata
Markowski przy okazji zwraca uwagę, że „państwo finansuje polskie górnictwo praktycznie wyłącznie w celu jego likwidacji – zresztą zgodnie z porozumieniem społecznym“. Przypomnijmy: w maju 2021 r. rząd Mateusza Morawieckiego podpisał z górnikami umowę społeczną, której jednak do tej pory nie ratyfikowała Komisja Europejska.
Trudno sobie wyobrazić, żeby w takiej sytuacji inwestorzy chcieli wkładać miliardy złotych w górnictwo. Mówię tu nie tylko o inwestycjach w udostępnianie nowych pól, ale nawet w modernizację, utrzymanie i innowacje - przekonuje były wiceminister gospodarki.
Faktycznie, bardzo trudno dzisiaj wskazać kierunek, jaki obrało polskie górnictwo. Wiadomo tylko tyle, że spółki - z pomocą ustawy górniczej - przygotowują się do redukcji zatrudnienia. Przecież jeszcze w 2021 r., kiedy podpisywano umowę społeczną, średni koszt wydobycia tony węgla w spółkach wynosił 470 zł. W 2024 r. to było już 945 zł, a w 2025 r. mieliśmy pokonać barierę 1000 zł.
A przy tym wydobycie węgla jest na równi pochyłej. I to od lat. W przywoływanym już roku 2021 polskie kopalnie w sumie wyprodukowały 55,01 mln t węgla kamiennego. A w 2025 r. tylko 42,82 mln t. Raptem w cztery lata nasze wydobycie skurczyło się więc aż o ponad 12 mln t, czyli o więcej niż 22 proc.
Warto też zerknąć na stawki związane z ceną emisji CO2 - w ramach systemu handlu uprawnieniami ETS. W maju 2021 r., kiedy polscy górnicy podpisywali umowę z rządem, wyemitowanie 1000 kg dwutlenku węgla kosztowało ok. 52 euro. Obecnie to ok. 70 euro.



















