Największy sukces niemal stał się zagrożeniem. Najtrudniejszy moment w historii początkiem nowego rozdziału. Sto lat dziejów Stihl to historia firmy, która rosła dzięki paradoksom, od ciężkich, 40-kilogramowych maszyn po nowe technologie odpowiadające na wyzwania współczesności.

Dwóch mężczyzn mocuje się z jakimś żelastwem. Rękawy podwinięte, dłonie śliskie od mżawki mi smaru, buty zapadają się w miękkiej ziemi. Powoli zsuwają z wozu maszynę ważącą prawie 50 kilogramów. Obok stoi grupka drwali. Patrzą z niedowierzaniem. Inni z rozbawieniem. Za chwilę coś ma przeciąć pień szybciej niż piła ręczna i skuteczniej niż siła ludzkich ramion.
Tak mogły wyglądać pierwsze pokazy możliwości pilarek produkowanych przez firmę założoną w 1926 roku przez Andreasa Stihla. Pierwsza konstrukcja była elektryczna i wymagała dwóch operatorów. Rok później pojawiła się wersja spalinowa. Rewolucja zaczynała się nie od spektakularnego efektu, lecz od walki z ciężarem. Fizycznym i mentalnym. Najpierw trzeba było wnieść maszynę do lasu. Potem przekonać ludzi, że nie odbierze im pracy, lecz ją zmieni. Na lepsze.

Wynalazek to jedno. Akceptacja zupełnie inna historia. Drwale przez wieki budowali swoją tożsamość wokół siły, rytmu, doświadczenia. Mechaniczna maszyna burzyła ten porządek. Hałasowała. Wibrowała. Wymagała nauki obsługi. W zamian oferowała coś, czego wcześniej nie było. Czas. Wydajność. Skalę.
Z lasu w świat
Bocznica kolejowa. Drewniane skrzynie z metalowymi okuciami ustawione w równych rzędach. Robotnicy ładują je do wagonów. Para z lokomotywy miesza się z zapachem smaru. Kilka godzin później te same skrzynie trafią do portu.
Dziesięć lat wystarczyło, by nieufność w lesie zamieniła się w entuzjazm drwali na całym świecie. W latach 30. eksport dynamicznie rośnie. W pewnym momencie większość produkcji trafia za granicę. Maszyny z Waiblingen jadą do Europy Wschodniej, Skandynawii, płyną na statkach za ocean.
To moment, w którym lokalna firma zaczyna testować globalne zasięgi, choć samo pojęcie globalizacji jeszcze nie istnieje. François Perroux zacznie o nim wspominać za jakieś trzy dekady – w zupełnie już innej rzeczywistości.

Sukces bywa najniebezpieczniejszym momentem w historii przedsiębiorstwa. Dynamiczny wzrost oznacza większe moce produkcyjne, większe zobowiązania, większą zależność od zagranicznych rynków. Świat jednak nie jest stabilny. Kryzysy finansowe, napięcia polityczne, wahania kursów walut – wszystko to sprawia, że każda wysłana partia towaru jest obietnicą, która może zostać spełniona w zupełnie innych warunkach ekonomicznych.
Najpierw problemem było dowieźć pilarkę do lasu. Teraz problemem staje się dowieźć należności z powrotem do fabryki. Błyskawiczna ekspansja obraca się przeciwko firmie. To moment, w którym zarządzanie ryzykiem staje się równie ważne jak projektowanie silnika.
Fundamenty i ambicja
Andreas Stihl był inżynierem, który dostrzegł rosnące zapotrzebowanie na drewno w dynamicznie rozwijającej się Europie międzywojennej. Jego pomysł był prosty. Zmechanizować wycinkę, skrócić czas pracy, zwiększyć wydajność. W praktyce oznaczał lata eksperymentów, testów i stopniowego udoskonalania konstrukcji.

Firma rozwijała własne pomysły, od łańcuchów po prowadnice. Rynek dostawców był ograniczony. Samodzielność technologiczna nie była strategią marketingową, lecz koniecznością. Z czasem stała się przewagą. Budowanie kompetencji in-house oznaczało kontrolę nad jakością i tempem innowacji.
To właśnie ta kultura inżynierska, oparta na ciągłym doskonaleniu, pozwoliła marce przetrwać okresy turbulencji i wyjść z nich silniejszą.
Wojna i paradoks odrodzenia
Inny obrazek. Hala produkcyjna w cieniu nadchodzącej wojny. Maszyny pracują, lecz atmosfera jest ciężka. Druga wojna światowa przerywa normalny rytm rozwoju. Jak wiele niemieckich przedsiębiorstw, firma funkcjonuje w realiach gospodarki podporządkowanej wojnie.
Po 1945 roku sytuacja jest dramatyczna. Niemcy są zrujnowane. Alianci internują Andreasa Stihla. Dla założyciela to osobisty cios, moment przybicia i niepewności. Firma traci swojego lidera w chwili, gdy najbardziej potrzebuje stabilności.
Paradoks polega na tym, że właśnie wtedy zaczyna się nowy rozdział.
Młodsze pokolenie Stihlów przejmuje stery. Zmienia się sposób zarządzania. Wynalazcza pasja założyciela zostaje uzupełniona strategicznym myśleniem o rynku i ekspansji. Firma zaczyna funkcjonować systemowo. Młodzi planują produkcję, rozwijają sieć dystrybucji, myślą o długofalowym wzroście.
Zakład wraca do produkcji w kraju, który musi odbudować domy, mosty i infrastrukturę. Drewno znów staje się strategicznym surowcem. Pilarki – narzędziem odbudowy. W tym sensie firma nie tylko przetrwała historię. Stała się jej częścią.
Walka z kilogramami
Powojenne dekady to systematyczna redukcja masy i zwiększanie ergonomii. Jeśli pierwsze konstrukcje wymagały dwóch osób, kolejne generacje pozwalają pracować jednej. Każdy kilogram mniej to większa mobilność w terenie, mniejsze zmęczenie operatora, większa efektywność pracy.
Mechanizacja przestaje być ciekawostką, staje się standardem. W 1971 roku marka staje się najlepiej sprzedającą się marką pilarek łańcuchowych na świecie. Jeszcze większy sukces – potrafi tę pozycję utrzymać przez kolejne dekady. Produkcja rozszerza się na kolejne kraje, budowana jest globalna sieć dystrybucji i zaplecza produkcyjnego.

Ciężar zmienia znaczenie. Nie chodzi już tylko o wagę urządzenia. Chodzi o skalę odpowiedzialności i wpływ na branżę.
Globalny zasięg
Gdy marka w 1971 roku zostaje najlepiej sprzedającą się marką pilarek łańcuchowych na świecie, nie jest to jedynie efekt produktu. To efekt infrastruktury. Produkcja przestaje być skoncentrowana w jednym miejscu. Powstają kolejne zakłady. Najpierw w Europie, potem w Ameryce i Azji. Firma buduje własne zaplecze w różnych częściach świata, skracając łańcuchy dostaw i zmniejszając zależność od pojedynczych rynków.
To lekcja wyciągnięta z lat 30. Zbyt silne uzależnienie od jednego kierunku bywa ryzykowne. Globalizacja w wydaniu STIHL nie polega wyłącznie na sprzedaży za granicę, ale na obecności produkcyjnej i technologicznej w kilku krajach jednocześnie.
Jednak Stihl cały czas jest firmą rodzinną. W czasach, gdy wiele marek z branży przemysłowej trafia na giełdę lub w ręce funduszy inwestycyjnych, tutaj wybór jest inny. Brak presji kwartalnych wyników pozwala inwestować w rozwój produktów, automatyzację i nowe technologie z myślą o dekadach, a nie o najbliższym raporcie finansowym.
To może nie jest najbardziej widowiskowa decyzja w historii przedsiębiorstwa. Ale bywa jedną z najważniejszych.
Strategia pod prąd
Targi branżowe w latach 80. i 90. Konkurenci chwalą się obecnością w wielkich sieciach handlowych. Kolorowe katalogi, promocje, hasła o dostępności dla masowego klienta.
STIHL wybiera inny kierunek. Sprzedaje swoje maszyny wyłącznie przez autoryzowanych dealerów. To decyzja wbrew trendowi. Oznacza wolniejszy wzrost wolumenów, ale większą kontrolę nad jakością serwisu i relacją z użytkownikiem. Firma pozostaje przedsiębiorstwem rodzinnym, nienotowanym na giełdzie, co daje jej dłuższy horyzont planowania i większą odporność na krótkoterminowe wahania rynku.
To strategia oparta na przekonaniu, że marka buduje się nie tylko przez produkt, lecz także przez doświadczenie użytkownika.
Cisza
Współczesny ogród. Słońce. Zamiast warkotu równy, stłumiony dźwięk. Brak zapachu paliwa. Brak dymu unoszącego się między drzewami.
Sto lat po pierwszej konstrukcji ważącej ponad czterdzieści kilogramów pilarka może działać na akumulatorze. Segment urządzeń bateryjnych rośnie dynamicznie. Zarówno wśród profesjonalistów, jak i użytkowników prywatnych. Niższy poziom hałasu i brak emisji w miejscu pracy to odpowiedź na regulacje środowiskowe i zmieniające się oczekiwania klientów.

Transformacja nie jest prostą wymianą silnika spalinowego na baterię. Las to nie ogród, a praca profesjonalna wymaga mocy i wytrzymałości. Dlatego rozwój obejmuje zarówno technologie akumulatorowe, jak i nowoczesne silniki spalinowe spełniające coraz ostrzejsze normy emisji.
Sto lat temu największym wyzwaniem było przetransportować maszynę do lasu i przekonać ludzi, że warto jej zaufać.
Dziś wyzwaniem jest pogodzić moc z odpowiedzialnością. Zmniejszyć hałas, ograniczyć emisję, projektować sprzęt tak, by był wydajny, ale mniej inwazyjny dla otoczenia. To inny rodzaj ciężaru – mniej widoczny, ale bardziej złożony.



















