Prezydent podpisał ustawę budżetową na 2026 rok. Jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, ostro krytykując założenia. Budżet wchodzi w życie, państwo działa dalej, a spór o jego konstytucyjność i sens polityczny został przeniesiony na później.

Ustawa budżetowa to nie jest zwykły akt prawny. To finansowy kręgosłup państwa – plan, od którego zależy, czy pieniądze trafiają do szpitali, wojska i urzędników, a rachunki są regulowane na czas. Konstytucja traktuje ją szczególnie, bo bez budżetu państwo szybko przestaje działać w sposób przewidywalny.
Dlatego wbrew pozorom w tej historii nie było wielkiego pola manewru. Budżet na 2026 r. musiał zostać podpisany. Pytanie nie brzmiało „czy”, tylko „jak”.
Podpis bez „ale” byłby sensacją
Nie było w tej decyzji nic zaskakującego. W obecnym układzie politycznym podpisanie ustawy budżetowej bez żadnego „ale” byłoby wydarzeniem. Czymś, co wymagałoby długich tłumaczeń i rodziło pytania o zmianę politycznego kursu. Skierowanie budżetu do Trybunału Konstytucyjnego było więc nie tyle zaskoczeniem, ile elementem scenariusza, który większość obserwatorów znała z góry.
I właśnie w tym tkwi sedno problemu. Nie w tym, że prezydent dodał zastrzeżenie, lecz w tym, że zastrzeżenie stało się standardem. Podpis z gwiazdką nie jest wyjątkiem. To element procedury, który pozwala jednocześnie wypełnić konstytucyjny obowiązek i zachować polityczny dystans wobec skutków budżetu.
Czytaj więcej w Bizblogu o prezydencie
Podpis z gwiazdką
Prezydent Karol Nawrocki ustawę budżetową podpisał, jednocześnie kierując ją do Trybunału Konstytucyjnego. Formalnie wszystko się zgadza. Państwo ma budżet, nie ma ryzyka prowizorium ani paraliżu finansów publicznych. Wypłaty idą, instytucje działają, rynki pozostają spokojne.
Politycznie ten ruch ma bardzo czytelny sens. To podpis opatrzony komentarzem: to nie mój projekt. Budżet wchodzi w życie, ale odpowiedzialność za jego konsekwencje zostaje wyraźnie przesunięta gdzie indziej.
Liczby, które trudno polubić
Prezydencka krytyka opiera się na konkretnych danych. Budżet na 2026 r. jest dokumentem ciężkim od długu i napiętych założeń fiskalnych:
- wydatki państwa zaplanowano na 918,9 mld zł,
- dochody mają wynieść 647,2 mld zł,
- deficyt sięga 271,7 mld zł, czyli niemal jednej trzeciej wydatków,
- na obronność przeznaczono ponad 200 mld zł (4,81 proc. PKB),
- na ochronę zdrowia 247,8 mld zł (6,81 proc. PKB).
To budżet, w którym co trzecia wydawana złotówka pochodzi z długu. I to długu coraz trudniejszego do ukrycia w księgowych konstrukcjach i pozaoficjalnych licznikach.
Dług odsunięty w czasie
Prezydent mówi o ryzyku przekroczenia konstytucyjnego progu 60 proc. zadłużenia w relacji do PKB. Zarzuca rządowi kreatywną księgowość i chowanie części zobowiązań poza oficjalnym bilansem. To zarzut poważny. I wygodny.
Dług, niezależnie od tego, gdzie zostanie zapisany, i tak będzie musiał zostać spłacony. Nie przez polityków, lecz przez podatników. Rachunek przyjdzie później, więc dziś można pozwolić sobie na bezpieczny dystans i wzajemne przerzucanie odpowiedzialności.
Trybunał jako bezpieczna strefa
Skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego nie wstrzymuje obowiązywania budżetu. Państwo działa normalnie, a ewentualne skutki zależą od przyszłego orzeczenia – jeśli w ogóle dojdzie w przewidywalnym czasie. Spór zostaje zamrożony i odsunięty w czasie.
To rozwiązanie idealne z politycznego punktu widzenia. Pozwala powiedzieć: podpisałem, bo musiałem, a jednocześnie: od początku miałem zastrzeżenia. Odpowiedzialność spoczywa na rządzie, a prezydent pozostaje komentatorem decyzji, które już weszły w życie.
Recenzent zamiast współautora
W tym sensie reakcja rządu, mówiącego o politycznym teatrze bez realnych skutków, też nie jest zaskoczeniem. W praktyce niewiele się zmienia.
Prezydent ustawia się w roli recenzenta. Czyta budżet z ołówkiem w ręku, wskazuje błędy i zagrożenia, ale nie bierze odpowiedzialności za finałowy kształt dokumentu. Podpisuje, bo musi. Krytykuje, bo może i chce. Rząd się obrusza. Spektakl polityczny trwa.







































