Nikt jeszcze nie dał górnikom takich pieniędzy. To absolutny rekord
Kolejne miliardy złotych w budżecie na górnictwo. To moim zdaniem koronny dowód na to, że ten rząd nie ma żadnej strategii dla górników i węgla. Zamiast tego mamy do czynienia ze znanym od wielu już lat balansowaniem między stratą a zyskiem politycznym. Za co wszyscy zapłacimy.

W projekcie budżetu państwa na 2027 r. na realizację zadań wynikających z ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego przygotowano blisko 6 mld zł. Ale okazuje się, że to za mało. Ministerstwo Aktywów Państwowych a także Ministerstwo Energii zawnioskowały do resortu finansów, żeby ten dorzucił jeszcze 4 mld zł w obligacjach skarbowych na koszty redukcji zdolności produkcyjnych w górnictwie, w ramach nowego systemu wsparcia. W sumie tego finansowego wsparcia dla naszego górnictwa będzie na przyszły rok okrągłe 10 mld zł. Wtedy też pobijemy rekord z 2025 r., kiedy wsparcie z budżetu dla polskich górników i węgla było na poziomie ok. 9 mld zł.
Dwie strony medalu naszego górnictwa
Mam naprawdę spory szacunek dla górników i naszego górnictwa. Jako dziennikarz miałem okazję zjechać na dół, żeby na własnej skórze odczuć warunki pracy kilkaset metrów pod ziemią. I mam jeden wniosek: nie radzę i nie zazdroszczę. Już po parudziesięciu minutach miałem serdecznie dosyć gorąca i wilgotności i klaustrofobii. A ci ludzie pracują tak godzinami, i przez wiele lat. Szacunek po prostu.
Nigdy nie zapomnę też swojej dziennikarskiej pracy przy okazji katastrofy górniczej w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej, w listopadzie 2006 r., która pochłonęła życie 23 górników. Widok kilkudziesięciu zapłakanych matek, żon, sióstr i córek, które czekały na każdy chociażby skrawek informacji o swoich mężczyznach zostanie ze mną do końca moich dni.
Ale poznałem też ciemną stronę naszego górnictwa. W spółkach węglowych funkcjonuje nawet po kilkadziesiąt (tak, tak, to żadna literówka) związków zawodowych. Ich szefowie najczęściej już nie pamiętają, jak wygląda praca na dole (o ile w ogóle kiedykolwiek tam trafili), ale są zabezpieczeni na lata. Włos im z głowy nie spadnie. Piszę o naszym górnictwie od jakiegoś ćwierć wieku. I widzę na konferencjach, pikietach, czy manifestacjach te same twarze prezesów związków. Oni zadbali o siebie jak mało kto w tym kraju.
I widzę też na przestrzeni tych wszystkich lat polityczną słabość, co rzecz jasna doświadczeni w takich bojach związkowcy skrzętnie wykorzystują. A jak dodamy do tej układanki, że część z nich ma określone cele polityczne, to wyłania nam się obraz, w którym każdy kolejny rząd ulega górniczemu szantażowi.
Ale jednocześnie górnicy nie chcą lub nie potrafią zrozumieć, że oni sami bywają przez polityków perfidnie wykorzystywani. Jednym z najlepszych przykładów na to z ostatnich lat jest umowa społeczna, podpisana w Katowicach w maju 2021 r. Jej treść przedstawicielom rządu Mateusza Morawieckiego podyktowali związkowcy. A sami politycy to klepnęli, dopisując obligatoryjną zgodę na wszystko Komisji Europejskiej, czego do dzisiaj, przez ponad pięć lat, nie udało się uzyskać. Tego rządu już nie ma, ale został dokument, z którym nie wiadomo, co zrobić, a na który ciągle powołują się związkowcy. Sprytny spadek poprzedniej władzy, co nie?
Branża w politycznym uścisku
Ciągle czekam na polską Margaret Thatcher, która lata temu, jako szefowa brytyjskiego rządu, nie bała się konfrontacji z górnikami. U nas tak poważnego polityka nie widziałem i dalej nie widzę. Że ma być nowy pełnomocnik rządu Tuska ds. górnictwa? I co z tego? Morawiecki takich pełnomocników miał w sumie czterech. Dzisiaj trudno wskazać efekty ich pracy, ale pewnie przez pewien czas łatwiej im było spłacać kredyty hipoteczne.
U nas niestety cały czas transformacja energetyczna postępuje w tempie kalendarza wyborczego i politycznych umizgów. Dokładnie w ten sposób Beata Szydło swojego czasu wystraszyła wieś wiatrakami, a potem jej rząd przyjął zasadę 10H, która bardzo skutecznie ostro wyhamowała rozwój energetyki wiatrowej na lądzie w naszym kraju.
Teraz zaś z jednej strony mamy nowy projekt Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu do 2030 r. z perspektywą do 2040 r., który w scenariuszu ambitnym (WAM) wskazuje, że w 2040 r. nasze węglowe, roczne zapotrzebowanie będzie na poziomie ledwie ok. 3 mln t, czyli tyle, ile wynosi mniej więcej obecnie miesięczne wydobycie węgla naszych wszystkich kopalni.
Z kolei Miłosz Motyka, minister energii, wszem i wobec mówi, że węgiel będzie nam cały czas potrzebny, przynajmniej do czasu uruchomienia elektrowni jądrowej, co zaplanowane jest na 2036 r. A przecież umowa społeczna sprzed ponad pięciu lat zakłada, że ostatnie kopalnie zamkniemy dopiero w 2049 r. Widać, jak na dłoni, że terminy po prostu nie spinają się i rozjeżdżają. Co robi z tym rząd?
To samo, co poprzednie rządy. Balansuje na granicy zysków i strat, ale głównie tych wyborczych i politycznych. Raz minister Miłosz sugeruje wcześniejsze pożegnanie z węglem, a raz zapewnia, że ostatecznie nikt czarnego złota z naszego miksu energetycznego nie wygoni. Może w takim razie pan minister ma rozdwojenie jaźni? Nic z tych rzeczy. Po prostu za rok są wybory parlamentarne. Cała tajemnica.
Nie liczą się ani terminy ani pieniądze, tylko emocje
A jaka jest obecnie sytuacja polskiego górnictwa? Coraz mniej górników (w tym roku zatrudnienie pierwszy raz w historii spadło poniżej 60 tys. miejsc pracy) wydobywa coraz mniej coraz droższego węgla. Jeszcze kilka lat temu spadek miesięcznego wydobycia do 4 mln t był nie do pomyślenia. Ale teraz ten poziom produkcji jest bardzo trudny do osiągnięcia, w tym roku jeszcze nam się to nie udało.
Jednocześnie z roku na rok puchnie koszt produkcji tony węgla w Polsce. W 2021 r. średnio wynosił 440 zł; w 2023 r. - już 868 zł; a w 2024 r. dobiliśmy do 945 zł. Teraz, gdyby nie dopłaty z budżetu państwa, spokojnie przekroczylibyśmy granicę 1000 zł. I to ma swoje oczywiste konsekwencje. Jakie? Odbiorcy węgla szukają nowych rozwiązań i jak wskazują najnowsze dane Agencji Rozwoju Przemysłu - z powodzeniem. Bo wychodzi na to, że w pierwszym półroczu 2026 r., Polska zaimportowała tyle węgla, co w całym 2024 r.
Więcej o górnictwie przeczytasz w Bizblog Spider’s Web:
W pierwszym półroczu importerzy sprowadzili do Polski 3,06 mln ton węgla energetycznego - to o 168 proc. więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach 2025 roku - donosi Gazeta Wyborcza.
Bardzo możliwe, że jak tak dalej pójdzie, to pobijemy rekord z 2022 r., kiedy za granicą kupiliśmy aż ponad 20 mln t węgla, żeby w ten sposób zabezpieczyć się przed kryzysem energetycznym, nakręcanym przez Moskwę. Rzecz jasna to odbije się bardzo mocną czkawką finansową dla naszych kopalni. Ale spokojnie, pewnie kolejny już rząd o górnictwo odpowiednio zadba i w kolejnym. budżecie państwa zagwarantuje kolejne miliardy złotych.
To ma sens, prawda?
Fot. Willi Heidelbach/Pixabay
Dziennikarz serwisu Bizblog.pl. Zawodowo pisze już od ćwierć wieku. Dawniej m.in. Goniec Górnośląski, Dziennik Zachodni, Magazyn Gospodarczy „Fakty”. Współpracował m.in. z Miesięcznikiem Finansowym „Bank”. Zajmuje się głównie sprawami gospodarczymi - z obszaru energetyki i jej transformacji. Pisze o górnikach, hutnikach, energetykach, odnawialnych źródłach energii, a także o polityce jądrowej, czy przyszłej strategii wodorowej. Nie obce mu są też tematy związane ze skutkami biznesowymi następujących już zmian klimatu. Specjalizuje się również w kwestiach związanych z usytuowaniem prawnym tak marihuany rekreacyjnej, jak i jej medycznej odmiany.