Dubaj przestał być rajem dla luksusowych marek. Choć Burj Khalifa wciąż stoi, złoto na suqu nadal błyszczy, to luksusowe marki, jak Louis Vuitton i Gucci, tracą grube miliony. I muszą poczekać, aż na Bliski Wschód wróci spokój i przyciągnie zamożnych klientów.

Wyobraźcie sobie sklep, w którym roczna sprzedaż na metr kwadratowy liczona jest w setkach tysięcy euro. Gdzie nie ma podatków, czynsze są niskie, a klientela przyzwyczajona jest do wydawania fortuny bez mrugnięcia okiem. Tak właśnie działał Dubaj dla największych marek modowych świata.

Sprzedaż w Dubaju leci na łeb, na szyję
W marcu 2026 r. luksusowe marki odnotowały spadki sprzedaży o 30-50 proc. w Mall of the Emirates (na zdjęciu poniżej), jednym z największych centrów handlowych Dubaju, w porównaniu z tym samym miesiącem rok wcześniej. Ruch w galerii, gdzie swoje butiki mają Louis Vuitton i Dior (LVMH), Gucci (Kering), Cartier (Richemont), a także Chanel i Rolex, zmniejszył się o 15 proc. względem marca ubiegłego roku.

Ale to nie koniec. Ruch w Dubai Mall - jeszcze większym centrum handlowym - spadł aż o około 50 proc. Połowa klientów po prostu zniknęła.
Więcej o dobrach luksusowych przeczytasz na Bizblog Spider's Web:
Bliski Wschód odpowiadał za około 5 proc. globalnej konsumpcji dóbr luksusowych
Miasto było jednym z nielicznych jasnych punktów tej branży - rosło w dwucyfrowym tempie. Głównie ze względu na niskie czynsze i koszty pracy, wyższe ceny detaliczne niż w innych regionach i praktycznie zerowe podatki. Dziś jednak analitycy spodziewają się efektu domina: skutki uboczne konfliktu, w tym wyższe koszty ropy naftowej i podróży, inflacja lub ewentualny krach giełdowy, mogą zakłócić apetyt konsumentów na luksus.

Już teraz LVMH przyznaje, że konflikt na Bliskim Wschodzie „pogrzebał dobry początek roku” w tym regionie, który odpowiada za około 6 proc. przychodów firmy.



















