190 mld powodów, by nie kłamać ws. klimatu. Prezydent pyta o koszty, ja o zmarnowane szanse
„Czy jest pan/pani za realizacją polityki klimatycznej, która ma powstrzymać tragiczne w skutkach powodzie, wichury, susze i pożary?” Tak powinno brzmieć pytanie w referendum, gdyby intencją było faktyczne zbadanie woli przetrwania narodu. Tymczasem prezydent Karol Nawrocki proponuje nam inną grę: „Czy jest pan/pani za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia (...)?”.

To klasyczny przykład pytania z tezą, które w logice nazywamy błędem „zatrutego źródła”. To tak, jakby zapytać pacjenta: „Czy jest pan za operacją, która wiąże się z bolesnym rozcięciem powłok brzusznych i wielomiesięczną rehabilitacją”, taktownie pomijając fakt, że bez operacji pacjent nie przeżyje.
Owe „zatrute źródło” to ciekawa metafora w kontekście tego, co napiszę dalej.
Studnia bez dna? Już nie
Prezydent Nawrocki, „kandydat obywatelski”, nie zauważa, co owa „obywatelskość” oznacza kilkaset kilometrów na wschód od Warszawy. Podczas gdy w gabinetach debatuje się o „hamowaniu” Zielonego Ładu, mieszkańcy województw lubelskiego, podlaskiego i podkarpackiego, oglądając suche dna swoich studni.
Z badania opinii „Kropla wiedzy”, które właśnie opisuje Michał Tabaka, wynika, że aż 65 proc. mieszkańców ściany wschodniej na własne oczy obserwuje wysychanie rzek i jezior. To nie jest teoretyczna rozważanka o emisjach CO2. To rzeczywistość rolnika spod Biłgoraja czy Józefowa, który widzi, jak jego kapitał – woda i ziemia – zamienia się w pył.
Gdzie się podziały miliardy na niższe rachunki?
Największa manipulacja w pytaniu prezydenta kryje się w słowie „koszty”. Jeśli naprawdę chcemy rozmawiać o tym, dlaczego energia w Polsce jest droga, koniecznie powinniśmy porozmawiać o 190 mld zł. Tyle właśnie wpłynęło do polskiego budżetu z systemu handlu emisjami (ETS) w ciągu ostatnich lat.
Te pieniądze powinny pójść na nowoczesne sieci energetyczne, na energetykę jądrową, na odnawialne źródła – na wszystko to, co sprawiłoby, że nasze rachunki za prąd byłyby dziś niższe, a gospodarka odporna na klimatyczne wstrząsy. Co zrobiliśmy z tą gigantyczną forsą? Rozpłynęła się w ogólnym budżecie, łatając bieżące dziury i finansując doraźne obietnice wyborcze.
Więcej o klimacie w Bizblog Spider's Web
Dziś politycy mając czelność pytać obywateli, czy chcą polityki, która „podnosi koszty”. Koszty życia rosną nie przez to, że ratujemy planetę, ale przez to, że przez kilka dekad mieliśmy w głębokim poważaniu transformację energetyczną, na którą UE siłą wpychała nam pieniądze. Kasę wydaliśmy na bzdury, a dzisiaj twierdzimy, że to wina Brukseli.
Woda na wagę złota
Prawdziwe koszty – te, których nie da się spłacić obligacjami – dopiero nadejdą. Połowa mieszkańców wschodniej Polski czuje się współodpowiedzialna za marnowanie wody, ale nie wie, jak temu zapobiec. Szukają systemowych rozwiązań, a dostają od głowy państwa „kroplę propagandy” w postaci referendum.
Puszcza Solska nie potrzebuje populistycznych pytań o portfel. Potrzebuje polityki, która przyzna, że woda jest cenniejsza niż słupki poparcia. Badania z „Nature” i raporty klimatyczne są bezlitosne. Jeśli nie zatrzymamy ocieplenia, koszty życia przestaną być metaforą ekonomiczną.



















