Sprzedają wodę i właśnie zgarnęli 100 mln euro. Waterdrop na walce z cukrem buduje imperium
Kiedy dziesięć lat temu w Wiedniu powstawał Waterdrop, wielu mogło pukać się w czoło. Kto o zdrowych zmysłach chciałby kupować małe kapsułki z ekstraktami roślinnymi, skoro można po prostu wrzucić plasterek cytryny do szklanki?

Dekadę później założyciel firmy Martin Murray śmieje się niedowiarkom w twarz, trzymając w ręku potwierdzenie przelewu na ponad 100 milionów euro. To nie jest kolejna opowieść o startupie, który przepala gotówkę w nadziei na cud. To historia o rentownym gigancie, który właśnie zamierza ostatecznie wysłać słodzone napoje gazowane na emeryturę.
Inwestorzy ustawiają się w kolejce
Nowa runda finansowania to dla Waterdropa moment przełomowy, a grono partnerów wygląda jak lista gości na prestiżowym forum ekonomicznym. Do dotychczasowych udziałowców, takich jak Temasek czy Bitburger, dołączają Aspeya oraz Atlantic Grupa – jeden z największych graczy FMCG w Europie Południowo-Wschodniej.

To, że w markę zainwestował również król alpejskich tras Aleksander Aamodt Kilde, tylko dodaje całości sportowego sznytu, ale umówmy się: tutaj nie chodzi o wizerunek, tylko o ekspansję. Atlantic Grupa nie tylko wykłada kilkadziesiąt milionów euro, ale też otwiera przed marką drzwi, które dla innych pozostają zamknięte, wnosząc potężne kompetencje dystrybucyjne.
Skala biznesu, który wyrósł na „mikrodrinkach”, budzi respekt nawet u największych sceptyków.
Waterdrop obsługuje już ponad 5 milionów klientów online, generuje 150 milionów euro przychodu i – co najważniejsze – pozostaje rentowny. To właśnie ta zdolność do zarabiania na własnym wzroście sprawiła, że inwestorzy nie wahali się wyłożyć rekordowej sumy. Firma dawno przestała być tylko producentem bezcukrowych kapsułek, stając się globalnym graczem obecnym w 20 tysiącach punktów sprzedaży od Japonii po Stany Zjednoczone.
Więcej w Bizblog Spider's Web o strat-upach
Strategia marki przejrzysta jak filtrowana woda
Waterdrop wchodzi tam, gdzie są emocje i duże pieniądze. Partnerstwa z Australian Open czy ATP Tour to nie tylko logotypy na ściankach, to systematyczne wypieranie tradycyjnych marek napojowych przez wyczynowych sportowców. Waterdrop chce być tam, gdzie liczy się funkcja i wydajność, a niedawny sojusz z legendarną Ricolą pokazuje, że firma potrafi łączyć nowoczesne nawodnienie z ziołową jakością, tworząc zupełnie nową kategorię.
Środki z najnowszej rundy nie będą leżeć na koncie. Plan jest ambitny i zakłada agresywne skalowanie kanału bezpośredniego do konsumenta oraz wzmocnienie obecności w tradycyjnym handlu detalicznym na kluczowych rynkach Europy. Rozpoczynający się właśnie sezon letni ma być dla Waterdropa największą kampanią w historii, wspieraną przez armię sportowców i potężną obecność w mediach cyfrowych. Jeśli ktoś jeszcze myślał, że moda na funkcjonalne nawadnianie to tylko przejściowy trend, te 100 milionów euro powinno być wystarczającym sygnałem, że nowa hierarchia w branży napojów właśnie się cementuje.



















