Reformy podatku Belki nie będzie. Im dłużej czytam projekt OKI, tym bardziej mam wrażenie, że pod płaszczykiem ulżenia Polakom skutków tej daniny rząd próbuje zachęcić masy do wejścia na giełdę.

Zachodzę w głowę, co właściwie państwo chce osiągnąć, wprowadzając OKI. Jeśli ktoś liczył na prosty system pod hasłem „oszczędzajcie, a państwo nie zabierze wam części zysków”, to powinien bardzo dokładnie przeczytać projekt ustawy o osobistych kontach inwestycyjnych.
Na pierwszy rzut OKI wyglądają atrakcyjnie
OKI mają być nowym sposobem oszczędzania i inwestowania bez klasycznego podatku Belki. Ale jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach. A szczegóły pokazują bardzo wyraźnie jedno: państwo chce, żebyśmy wyszli z bezpiecznych depozytów i poszli na rynek inwestycyjny. Najlepiej pokazują to limity zapisane w ustawie.
Dla lokat, gotówki i obligacji oszczędnościowych limit zwolnienia wynosi 25 tys. zł. Ale dla aktywów związanych z rynkiem kapitałowym już 100 tys. zł. Cztery razy więcej.
Trudno o bardziej czytelny komunikat: możesz trzymać pieniądze bezpiecznie, ale prawdziwe podatkowe bonusy dostaniesz dopiero wtedy, gdy wejdziesz na giełdę, fundusze albo inne produkty inwestycyjne.
To już nie wygląda jak neutralna ulga dla oszczędzających. To wygląda jak system podatkowy zaprojektowany tak, by premiować rynek kapitałowy.
Moment nie jest przypadkowy
Po latach wysokiej inflacji ludzie wreszcie zaczęli odbudowywać oszczędności. Polski Instytut Ekonomiczny zwraca uwagę, że stopa oszczędności gospodarstw domowych jest najwyższa od 2020 r. Jednocześnie Polacy nadal wybierają przede wszystkim bezpieczeństwo – depozyty, gotówkę i proste produkty oszczędnościowe. PIE pisze wprost: wzrost oszczędności ma charakter ostrożnościowy, a nie inwestycyjny.
Więcej w Bizblogu Spider's Web o reformie podatku Belki
I wtedy wjeżdża państwo z projektem, który mówi:
Świetnie, teraz chodźcie na GPW.
Ustawa nawet specjalnie tego nie ukrywa. Wyższe limity dostają aktywa związane z rynkiem regulowanym, funduszami inwestycyjnymi i papierami wartościowymi. Zero przypadku, to wygląda na fundament całej konstrukcji OKI. Rząd sprzedaje więc OKI jako inwestowanie „bez podatku Belki”. Ale to tylko część prawdy.
Tak, klasyczny podatek od zysków kapitałowych ma zniknąć. Ale po przekroczeniu limitów pojawia się nowy mechanizm – podatek od wartości aktywów. Załóżmy, że ktoś zgromadził na OKI 140 tys. zł w w akcjach. Zwolnienie obejmuje pierwsze 100 tys. zł. Podatek będzie więc naliczany od nadwyżki, czyli od 40 tys. zł. Jeśli obowiązywałaby stawka 0,85 proc., inwestor zapłaci ok. 340 zł podatku. Dla fiskusa liczy się wartość aktywów znajdujących się na rachunku.
Nie ma znaczenia, czy zarobisz
Do tego projekt ustawy przewiduje, że jeśli inwestor poniesie stratę aktywa nadal mogą podlegać opodatkowaniu, a samej straty nie będzie można rozliczyć podatkowo, tak jak przy zwykłym inwestowaniu.
No właśnie, dla kogo więc właściwie jest ten produkt? Doświadczony inwestor pewnie sobie z tym poradzi. Przeczyta ustawę, oszacuje ryzyko, zrozumie mechanizm podatkowy. Ale przecież OKI mają być rozwiązaniem dla szerokiego rynku. Dla zwykłych ludzi.
Zwykły człowiek usłyszy: „bez podatku Belki”, a gdy już się skusi, to złapie się za głowę, bo:
- system jest dużo bardziej skomplikowany niż zwykłe konto maklerskie,
- strat nie odpisze,
- państwo bardzo wyraźnie zachęca go do większego ryzyka inwestycyjnego,
- a całość bardziej przypomina przebudowę rynku kapitałowego niż prostą ulgę podatkową.
Żeby było uczciwie – projekt został trochę złagodzony. Z OKI wypadły najbardziej agresywne instrumenty pochodne z CFD na czele. I bardzo dobrze. Gdyby zostały, to byłby to już kompletny absurd.



















