To koniec Sebastiana Mikosza w Poczcie Polskiej. I koniec próby zrestrukturyzowani molocha. Oficjalnie chodzi o strategię i dialog, w praktyce o konflikt ze związkami zawodowymi. Problem w tym, że rachunek za takie decyzje nie trafia do zarządu ani do związkowców, tylko do podatników.

Oficjalny komunikat Ministerstwa Aktywów Państwowych mówi o potrzebie lepszego dopasowania zarządzania do celów właścicielskich i skuteczniejszej realizacji strategii. To standardowa formuła. W takich sytuacjach prawdziwe powody decyzji rzadko trafiają do oficjalnych komunikatów. Jednak wystarczy spojrzeć na to, co działo się w spółce, żeby zrozumieć, o co tak naprawdę poszło.
Poczta Polska od lat działa w warunkach, które dla niej są zabójcze. Rynek listów kurczy się nie od lat – systematycznie i nieodwracalnie. Korespondencja przeniosła się do internetu, a od ubiegłego roku nawet pisma urzędowe trafiają do nas przez e-Doręczenia. Ostatni bastion tradycyjnych usług pocztowych pada.
To nie jest polska specyfika. W całej Europie wolumen listów spadł w ostatnich latach o kilkadziesiąt procent, a w niektórych krajach nawet o ponad połowę. W Danii zapadła decyzja o stopniowym wygaszaniu tradycyjnych usług listowych, bo ich utrzymywanie przestało mieć ekonomiczny sens. W Szwecji i Holandii udział papierowej korespondencji również gwałtownie spada, a operatorzy ograniczają częstotliwość doręczeń i skalę usług.
To nie jest przyszłość – to się już dzieje, a Polska znów zostaje z tyłu.
W tym samym czasie rynek paczek został już dawno rozdany między prywatnych operatorów, którzy zbudowali skalę, logistykę i technologię, jakiej Poczta nigdy nie miała. I w ten sposób państwowy utknął w biznesowej szczelinie między tym, co się skończyło a tym, co mu uciekło. Z ogromną strukturą, wysokimi kosztami i coraz zerową konkurencyjnością.
Plan, który uderzał w ludzi
Sebastian Mikosz przyszedł z planem, który w gruncie rzeczy był próbą nadrobienia dziesięcioleci zaniedbań. Transformacja w firmę kuriersko-detaliczno-finansowo-cyfrową oznaczała redukcję zatrudnienia, cięcie kosztów i szukanie nowych źródeł przychodów. W teorii racjonalna strategia, w praktyce zmiany, które uderzały w ludzi i musiały wywołać opór.
Transformacja floty jest konieczna, to element szerszego planu transformacji Poczty Polskiej. Jesteśmy firmą logistyczną, gdzie mobilność jest wszystkim. Tradycyjne usługi, jak wysyłanie listów przechodzą w sferę cyfrową, więc Poczta potrzebuje nowej mobilności – oświadczył Mikosz podczas New Mobility Congress.
Nie chodziło o kosmetykę, tylko o próbę przestawienia firmy na zupełnie inne tory.
Więcej w Bizblogu o Poczcie Polskiej
Wyniki? Niewygodna szarość
Jeśli porównamy dostępne wyniki z lat 2023-2025, to okaże się, że coś zaczęło się ruszać. Zatrudnienie spadło o ok. 8,5 tys. etatów, koszty zaczęły się stabilizować. EBITDA w 2024 r. wyszła na +42 mln zł z -591 mln zł rok wcześniej. Mało tego, z nieautoryzowanych wyników opublikowanych w lutym wynika, że EBITDA w 2025 r. wyniosła: + 611 mln zł...
Transformacja wciąż jednak pozostaje niedokończona. Poczta osiągnęła moment, w którym została wstępnie odchudzona, ale wciąż nie odbudowała biznesu i nie stanęła jeszcze na nogi.
Bierze się to z tego, że pensja minimalna się podnosi i my jesteśmy w sytuacji, gdzie to, co zmniejszyliśmy z liczby osób zatrudnionych, zostało zwiększone poprzez wyższe wydatki – tłumaczył Mikosz, odnosząc się do struktury kosztów, w której wynagrodzenia stanowią aż 65 proc. całości.
Zderzenie ze związkami
Na tym tle narastał konflikt ze związkami zawodowymi. Ich stanowisko było jednoznaczne i ostre.
Odczytujemy ten ruch jako bezprecedensowy atak na nasze miejsca pracy i przyszłość Poczty Polskiej – przekazywała Solidarność.
Pojawiały się zarzuty o ignorowanie strony społecznej, pogarszanie warunków pracy i zagrożenie dla zatrudnienia.
To napięcie nie było incydentem, tylko trwałym elementem tej kadencji. Mikosz poszedł na otwarte zderzenie ze związkami zawodowymi i nawet nie próbował łagodzić stanowiska, postawił na brutalną szczerość. W spółkach Skarbu Państwa taka strategia rzadko kończy się sukcesem, niezależnie od tego, jakie wyniki (również finansowe) tych działań.
Dwa różne światy związków
Żeby nie było, nie jestem przeciwnikiem związków zawodowych. Zwłaszcza w prywatnych firmach pełnią ważną rolę i bywają realnym partnerem w dialogu. W spółkach państwowych funkcjonują jednak w zupełnie innym otoczeniu.
Priorytetem staje się utrzymanie zatrudnienia i poziomu wynagrodzeń, niezależnie od sytuacji ekonomicznej przedsiębiorstwa. Firma może tracić rynek, kurczyć się i przegrywać z konkurencją, w końcu runąć w biznesowy niebyt, a presja pozostaje niezmienna.
Nie zwalniać, nie obniżać, utrzymać.
Efekt: przedsiębiorstwo nie jest w stanie się dostosować, koszty pozostają wysokie, wyniki się pogarszają, a luka zasypywana jest pieniędzmi publicznymi. To przekłada się na realne konsekwencje dla podatników, dla jakości usług i dla tempa zmian, które i tak są nieuniknione.
Nazwijmy to wprost – to jest patologia.
Najlepszą ilustracją jest polskie górnictwo. Lata odkładania decyzji, wzbierające strumienie pieniędzy z budżetu i kolejne próby dogodzenia związkowcom, sprawiły, że problem nie zniknął, tylko stał się absurdalnie drogi. Ten sam schemat zaczyna być widoczny w kolejnych spółkach Skarbu Państwa.
Odwołanie prezesa było pójściem na łatwiznę
Prawdziwe pytanie dotyczy tego, co zrobi teraz Ministerstwo Aktywów Państwowych i jaki kierunek obierze spółka. Kontynuacja trudnej transformacji oznacza dalszy konflikt. Wycofanie się z niej – powrót do modelu, w którym problemy rozwiązuje się pieniędzmi z budżetu.
Wiele wskazuje na to, że rząd wybrał drugą opcję. Rząd nie ma pieniędzy, jedzie na głębokim minusie, ale przecież „jakoś to będzie”. Niczym nie różni się od związkowców, którzy chcą żyć na koszt reszty społeczeństwa. Teraz to podatnicy powinni ogłosić pogotowie strajkowe.



















