Kurs Kombinatu szybuje w przestworzach. Prezes: procenty nie są najważniejsze
Debiut, który zatrzymał handel, setki procent na wykresie i tysiące inwestorów ustawionych w kolejce. W rozmowie z Bizblogiem Maciej Kowalski tłumaczy, dlaczego spektakularne wzrosty Kombinatu Konopnego mogą mylić, skąd naprawdę bierze się popyt na akcje i produkty spółki oraz dlaczego dziś największym wyzwaniem nie jest brak klientów, lecz ograniczenia w produkcji i dostępie do kapitału.

W skali całego kraju o Kombinacie Konopnym zrobiło się głośno już w 2020 r. Spółka Macieja Kowalskiego pobiła wtedy narodowy rekord crowdfundingu i w niecałe 40 minut zebrała 4,2 mln zł. W drugiej emisji wystarczyło ledwie 7 minut, żeby Kombinat Konopny zebrał 4,5 mln zł. Już wtedy jednym z priorytetów spółki było wejście na giełdę. I właśnie jesteśmy tuż po bardzo udanym debiucie Kombinatu Konopnego na NewConnect. Z kilkuset procentowym potencjałem wzrostu.
Chętnych na zakup było tak dużo więcej, niż chętnych do sprzedaży, że… zawiesiliśmy giełdę! Jedno jest pewne - drugiego takiego debiutu giełda dawno nie widziała! - relacjonował Maciej Kowalski.
Kombinat Konopny i debiut giełdowy
Na początek gratulacje. Spodziewałeś się tak spektakularnego debiutu?
Maciej Kowalski, prezes i założyciel Kombinatu Konopnego: Nie do końca wypada mi odpowiadać na to pytanie, bo mogłoby to zostać odebrane jako spekulacje dotyczące ceny i kursu, a jako spółka regulowana musimy na to bardzo uważać.
To zapytam inaczej. Patrząc chłodno, co tak naprawdę wydarzyło się na debiucie?
Maciej Kowalski: Przede wszystkim trzeba postawić jedną ważną gwiazdkę: nie procenty są najważniejsze, tylko realna wycena spółki, czyli kurs w złotówkach przemnożony przez liczbę akcji, a więc kapitalizacja. Gdybyśmy mówili o poziomie około 2 zł - na który wskazywał na zamknięcie tygodnia „teoretyczny kurs otwarcia” - przy 60 mln akcji, to daje mniej więcej 120 mln zł wyceny i to jest właściwy punkt odniesienia. Kluczowe jest jednak coś jeszcze. Ten „spektakularny” wzrost wynika z odniesienia do ceny preferencyjnej emisji dla dotychczasowych akcjonariuszy, podczas gdy średni kurs, po jakim obejmowali akcje wszyscy inwestorzy, wynosi około 56 groszy. To właśnie do tego poziomu należy odnosić dzisiejsze wyceny, bo wtedy ten debiut nadal jest udany, ale przestaje wyglądać jak rekordowy.
Skąd więc tak duże zainteresowanie inwestorów?
Maciej Kowalski: Tu zawsze mamy dwie strony medalu – popyt i podaż. W tej sytuacji ważniejsza jest podaż. To, że kurs nie może się teraz otworzyć, wynika nie tylko z tego, jak dużo osób chce kupić, ale przede wszystkim z tego, jak mało osób chce sprzedać. Dla mnie to jest najważniejszy sygnał, bo pokazuje zaufanie inwestorów. Mamy około dwóch i pół tysiąca akcjonariuszy i wielu z nich jest z nami od lat, mimo że nie zrealizowaliśmy wszystkich ambitnych prognoz. W międzyczasie wydarzyło się wiele rzeczy – wojny, zmiany gospodarcze, różne sytuacje życiowe ludzi – a mimo to oni zostali, i to jest dla mnie największe absolutorium dla zarządu.
A kto dziś kupuje akcje – nowi inwestorzy czy dotychczasowi?
Maciej Kowalski: Tego nie wiemy, bo rynek jest anonimowy i w arkuszu zleceń widzimy tylko to, ile i po jakiej cenie ktoś chce kupić lub sprzedać. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy to są nasi dotychczasowi akcjonariusze, którzy dokupują akcje, czy zupełnie nowi inwestorzy. Docierają do nas pojedyncze sygnały od ludzi, ale nie daje to pełnego obrazu sytuacji.
Debiut giełdowy zwykle oznacza dopływ kapitału. U was tak się nie stało. Dlaczego?
Maciej Kowalski: Bo przy tej okazji nie powstała ani jedna nowa akcja, więc nie ma żadnych pozyskanych środków i to jest tylko obrót istniejącymi akcjami. To dość nietypowa sytuacja, bo zazwyczaj spółki wykorzystują debiut do zebrania pieniędzy na rozwój, a u nas tak się nie wydarzyło, więc debiut sam w sobie niczego w tym zakresie nie zmienia.
Żeby produkcja dogoniła nadmiar popytu
To jakie są dziś największe wyzwania spółki?
Maciej Kowalski: Paradoksalnie największym wyzwaniem nie jest brak popytu, tylko jego nadmiar, bo tak samo ciężko jak kupić akcje, tak samo ciężko kupić nasze produkty. Dorabiamy kolejne partie i one natychmiast się wyprzedają, co dotyczy m.in. naszych bestsellerów, takich jak skarpetki czy kołdry, i zwyczajnie nie nadążamy z produkcją. To z jednej strony bardzo dobra sytuacja dla przedsiębiorcy, ale z drugiej bardzo konkretne wyzwanie operacyjne, które wymaga poukładania procesów i zwiększenia mocy wytwórczych.
Czyli zamiast rozwijać ofertę, musicie najpierw ustabilizować produkcję?
Maciej Kowalski: Dokładnie tak, bo dziś naszym priorytetem nie jest wprowadzanie nowych produktów, tylko zapewnienie dostępności tych, które już mamy. Chodzi o pełną rozmiarówkę, ciągłość sprzedaży i to, żeby klient mógł realnie kupić produkt, a nie tylko zobaczyć, że jest chwilowo dostępny i zaraz znika. Jeżeli mamy trzy modele koszul, to najpierw musimy doprowadzić do sytuacji, w której są one stale dostępne, a dopiero później myśleć o rozszerzaniu oferty.
Dlaczego nie przyspieszycie produkcji, skoro popyt jest tak duży?
Maciej Kowalski: Bo to wymaga bardzo dużych nakładów finansowych i wiąże się z ryzykiem, a my jesteśmy wciąż stosunkowo małą firmą. Mamy już kilka milionów złotych zamrożonych w towarze i surowcach, a każdy nowy wariant produktu – czy to kolor, rozmiar czy nowa linia – oznacza kolejne inwestycje, które trzeba ponieść z góry, zanim pojawi się sprzedaż. To jest klasyczna bariera wzrostu w małym biznesie, gdzie wiemy, że na tym zarobimy, ale żeby to zrobić, musimy najpierw wyłożyć duże pieniądze.
Czyli rozwój ogranicza kapitał?
Maciej Kowalski: W dużej mierze tak, bo skalowanie takiego biznesu oznacza ogromne koszty. Gdybyśmy chcieli mieć szeroką dystrybucję i na przykład sklep w każdym powiecie, to mówimy o około 300 punktach sprzedaży, a każdy z nich trzeba zatowarować różnymi rozmiarami, modelami i kolorami. To są bardzo duże pieniądze zamrożone w magazynie i coś, na co nas w tej chwili po prostu nie stać.
Warunki pracy, jakość produktu, bezpieczeństwo użytkownika
Do tego dochodzi kwestia marż i produkcji w Polsce?
Maciej Kowalski: Tak, bo produkujemy w Polsce, co oznacza wyższe koszty niż w przypadku firm, które szyją w Azji. W efekcie mamy niższe marże niż duże sieciówki, które sprowadzają produkty z krajów takich jak Bangladesz, ale to jest świadomy wybór. Chodzi nie tylko o warunki pracy, ale też o jakość produktu i bezpieczeństwo użytkownika, bo często zapomina się, że to, co nosimy, ma wpływ na nasze zdrowie i komfort.
Jak patrzysz na rynek, na którym działacie?
Maciej Kowalski: Unikam określenia „rynek konopny”, bo to jest po prostu rynek tekstyliów, który jest ogromny i bardzo zróżnicowany. Klient nie kupuje produktu dlatego, że jest konopny, tylko dlatego, że jest dobry, wygodny i trwały. Działamy w segmencie premium i naturalnych materiałów, a skala tego rynku jest tak duża, że nawet gdybyśmy urośli dziesięciokrotnie, a potem jeszcze dziesięciokrotnie, to nadal bylibyśmy jego niewielką częścią.
Więcej o Kombinacie Konopnym przeczytam w Bizblog:
Czyli przestrzeń do wzrostu jest bardzo duża?
Maciej Kowalski: Z naszej perspektywy praktycznie nieograniczona, bo mówimy o rynku, na którym funkcjonują produkty codziennego użytku, takie jak skarpetki, które kupuje niemal każdy. My po prostu działamy w jego bardziej jakościowym segmencie i staramy się budować markę wokół trwałości, naturalnych materiałów i odpowiedzialnej produkcji.
Jak będzie wyglądał rozwój produktów?
Maciej Kowalski: Będziemy rozwijać ofertę, ale w sposób kontrolowany i oparty na tym, co już się sprawdziło. Jeżeli jakiś produkt dobrze się sprzedaje, to naturalnym krokiem jest jego wariantowanie, czyli wprowadzanie nowych wersji, kolorów czy długości, bo to łatwiej przewidzieć niż zupełnie nowe kategorie. Zresztą nawet codzienne doświadczenia pokazują, że takie rzeczy są potrzebne, bo chociażby przy dzieciach różne kolory skarpetek rozwiązują bardzo praktyczne problemy.
Na koniec – czego życzyć spółce po debiucie?
Maciej Kowalski: Przede wszystkim stabilności i spokojnego wzrostu, bo nie chciałbym sytuacji, w której kurs gwałtownie rośnie, a potem równie gwałtownie spada. Zależy mi na tym, żeby wszyscy akcjonariusze na tym zarobili i byli zadowoleni z tej inwestycji, a z bardziej przyziemnych rzeczy można życzyć tego, żeby nasze produkty znalazły się w każdym polskim domu.
Fot. Kombinat Konopny



















