Wszyscy atakują ETS. Ale politycy milczą, gdzie zniknęły miliardy z systemu
System ETS jako wspólny wróg w Polsce spisuje się znakomicie. Na klatę przyjmie niejedno oskarżenie. I motywuje przy tym tłumy. A że Polska nie spełnia jego podstawowych założeń i nie finansuje z niego transformacji energetycznej? Cicho sza! Przecież tak wyborów nie wygramy.

Niestety, trzeba to w końcu powiedzieć na głos. W Polsce od początku system handlu uprawnieniami do emisji CO2 - ETS był politycznym instrumentem manipulacji. I tak zostało do dziś. Przypomnijmy, że w grudniu 2004 r. za jego implementacją do naszego porządku prawnego zagłosowali wszyscy obecni na sali Sejmu posłowie. Ale dzisiaj system ETS dla opozycji jest ulubioną pałką, którą bez opamiętania wali w Zielony Ład i politykę klimatyczne UE, w przerwach od obrzydzania Polakom Ukraińców. Dla rządu z kolei ETS jest łatwym wytłumaczeniem potknięć przemysłu, który przez ten handel uprawnieniami do emisji ma być mniej konkurencyjny. Szkoda, że jedni i drudzy równie ochoczo nie tłumaczą się z tego, co robili i robią z pieniędzmi pochodzącymi z tego tytułu.
Niezależnie od propozycji Brukseli rząd Donalda Tuska powinien zrealizować swoją obietnicę z umowy koalicyjnej i przeznaczyć całe środki z ETS na inwestycje w alternatywy dla węgla, gazu i ropy - twierdzi Greenpeace Polska.
ETS - reforma zamiast dekarbonizacji
Nie dyskutuję teraz o tym, czy system ETS w ogóle ma sens, skoro Chiny i Stany Zjednoczone nie trzymają tak na smyczy swoich emisji CO2, a przecież wszyscy żyjemy pod jednym niebem. Chodzi o coś innego. Na ten ETS ponad dwie dekady temu się zgodziliśmy. A teraz chcemy głębokiej reformy tego mechanizmu, niektórzy wprost mówią nawet o jego zawieszeniu. Ale czy przez ten czas wypełnialiśmy zadania postawione przez system?
Bo po co UE w ogóle ten ETS? Bruksela wymyśliła sobie, zagapiając nieco od administracji amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana, że kraje członkowskie handlując takimi emisjami CO2 zdobędą dodatkowe pieniądze, które przeznaczą na wyganianie ze swoich miksów energetycznych węgla i gazu ziemnego. Te dzięki temu będą z roku na rok bardziej zielone. Brzmi logicznie.
Ale Polska w tym teatrze postanowiła od początku grać rolę hipokryty. Kolejne rządy nad Wisłą machały ręką na walkę z emisjami i na dekarbonizację. Ważniejszy był nowy strumień finansowy, który można wykorzystać niezgodnie z przeznaczeniem. Tak przecież można załatać jakąś dziurę w tym czy tamtym ministerstwie, albo wypromować się przed wyborami. Już w 2024 r. NIK uznał, że gospodarowanie środkami uzyskanymi ze sprzedaży uprawnień z systemu ETS nie zapewniało w sposób wystarczający ochrony interesów budżetu państwa oraz możliwości powiązania poniesionych wydatków z redukcją emisji gazów cieplarnianych.
Polska w latach 2013–2023 uzyskała ze sprzedaży uprawnień EU ETS dochód w wysokości blisko 94 mld zł, w tym prawie 90 proc. tej kwoty, tj. ponad 84 mld zł uzyskano w latach 2019–2023 (do 30 maja) - czytamy w raporcie NIK.
Do 2023 roku jedynie 1,3 proc. z tych środków przekazano bezpośrednio na cele związane z redukcją emisji gazów cieplarnianych lub zarządzaniem tymi emisjami.
Barwy polityczne nie mają tutaj żadnego znacznie
Ale to wcale nie jest tak, że obecna opozycja jak była przy władzy wydawała pieniądze z ETS na wszystko tylko nie na dekarbonizację, a teraz przyjechał na białym koniu premier Donald Tusk i to zmienił. Nie, nic nie zmienił.
Rząd Donalda Tuska obiecał, że skończy z rozwalaniem na lewo i prawo pieniędzy z ETS-u, ale do dzisiaj nie dowiózł tej obietnicy. Te dziesiątki miliardów złotych rocznie, które trafiają do polskiego budżetu z handlu emisjami, powinny trafić na inwestycje, które posłużą nam wszystkim. Na odnawialne źródła energii, magazyny energii czy ocieplanie domów - wskazuje Mikołaj Gumulski, koordynator kampanii energetycznych w Greenpeace Polska.
Więcej o ETS przeczytasz w Bizblog Spider’s Web
Tylko w tym roku Polska mogłaby pozyskać w ten sposób z UE 65 mld zł na inwestycje w OZE, magazyny energii czy rozbudowę sieci energetycznych. Jak przekonuje Gomulski: jedyne, co trzeba zrobić to przygotować plan wydawania tych środków oraz zapewnić wkład własny w wysokości 25 proc. tej kwoty.
Plan nadal nie został jednak opracowany, a Ministerstwo Finansów w grudniu zeszłego roku dało czerwone światło dla prac nad tym instrumentem. Minister Domański uważa więc, że interes polegający na tym, że za każdą wydaną na bezpieczeństwo energetyczne złotówkę dostaniemy kolejne trzy złote z funduszy unijnych jest złym interesem i jest niemożliwy do realizacji. To absurd - twierdzi Gumulski.
Demokracja i wspólny wróg
Czyli cały czas ważniejsza jest doraźna polityka, i ten jedyny kalendarz od wyborów do wyborów, niż świadome korzystanie z pieniędzy uzyskanych z ETS i faktyczna dekarbonizacja Polski. No i istotny jest też ciągle wspólny wróg. Przecież dzisiaj w Polsce system ETS można o prawie wszystko oskarżyć. O złą koniunkturę w przemyśle, o zbyt drogi węgiel, o zwolnienia górników, przerażające rachunki za prąd i cokolwiek innego. Politycy często niestety sami nie są w tej sprawie douczeni, powtarzają farmazony i bzdury, ochoczo potem powielane przez gawiedź. Rzecz jasna niektórzy politycy celowo manipulują faktami. Podobno właśnie na tym polega demokracja.
Dziennikarz serwisu Bizblog.pl. Zawodowo pisze już od ćwierć wieku. Dawniej m.in. Goniec Górnośląski, Dziennik Zachodni, Magazyn Gospodarczy „Fakty”. Współpracował m.in. z Miesięcznikiem Finansowym „Bank”. Zajmuje się głównie sprawami gospodarczymi - z obszaru energetyki i jej transformacji. Pisze o górnikach, hutnikach, energetykach, odnawialnych źródłach energii, a także o polityce jądrowej, czy przyszłej strategii wodorowej. Nie obce mu są też tematy związane ze skutkami biznesowymi następujących już zmian klimatu. Specjalizuje się również w kwestiach związanych z usytuowaniem prawnym tak marihuany rekreacyjnej, jak i jej medycznej odmiany.