Zapłaciłem za colę, puszkę wyrwali mi z ręki. Tak się dorabiają na systemie kaucyjnym
Nie wiem, jak wy, ale ja przez to, że wrzucam w domu butelki PET i metalowe puszki po napojach do specjalnego kosza, a potem zabieram je przy okazji zakupów i oddaję do recyklomatu - śmieciarzem za bardzo się nie czuję. Ale wiem, że nasz system kaucyjny wymaga korekt. Jedną z dziur w tym mechanizmie odczułem niedawno na własnej skórze.

Jestem zwolennikiem jak najbardziej powszechnego systemu kaucyjnego, ale też zdaję sobie sprawę, że zmiany dotychczasowej rzeczywistości bywają bolesne. Trzeba przecież przemodelować własne przyzwyczajenia, co najczęściej kwitujemy marsową miną. Inna sprawa, że niekiedy te modyfikacje wymagają pewnych korekt, co wychodzi w trakcie ich realizacji. Tak samo jest z naszym systemem kaucyjnym, który jest z nami dopiero 11. miesiąc (od 1 października 2025 r.). Korekty są niezbędne, to oczywiste. Bo cały czas konsumenci przy okazji kaucji nabijani są w nomen omen butelkę. Tak, jak ja na jednym z wakacyjnych festiwali muzycznych.
Niestety, muszę tę Coca Colę przelać, takie mam polecenie od szefa - usłyszałem w festiwalowym barzem i tylko się bez słowa uśmiechnąłem.
System kaucyjny i bezpardonowa walka o kaucję
Denerwuje mnie to, że największe sieci handlowe mają w nosie regulacje dotyczące sytemu kaucyjnego, które od początku jasno wskazują, że za kaucję należy się żywa gotówka. A nie kupon na kolejne zakupy, który można dopiero u kasjerki zamienić na fizyczny pieniądz. Wielu z nas tak nie robi, kupon chowa do kieszeni, potem o nim zapomina i tak kaucja - za którą przecież wcześniej zapłaciliśmy - ucieka nam sprzed nosa.
Więcej o systemie kaucyjnym przeczytasz w Bizblog Spider’s Web:
Największe w naszym kraju sklepy mają to gdzieś. Dla nich nasz system kaucyjny to przecież idealny, do tego darmowy, mechanizm marketingowy. Wszak nic tak nie nakłania do zrobienia w tym samym miejscu kolejnych zakupów, jak obietnica zwrotu pieniędzy, prawda? A że Ministerstwo Klimatu i Środowiska cały czas mówi o gotowce? I co z tego? Rząd przecież nie pójdzie z tego powodu na wojnę z największymi sieciami handlowymi. Więc przymyka na ten przekręt oko.
I to trzeba jak najszybciej w naszym systemie kaucyjnym poprawić. Musimy raz na zawsze skończyć z tą prawną samowolką, na której to my - klienci - po prostu tracimy. Ale wymagane są też inne korekty. Wiem to po tym, jak na jednym z lipcowych festiwali muzycznych zamówiłem w tamtejszym barze Coca Colę w puszce. Ceny się nie czepiam, wiadomo: festiwalowa marża robi różnicę. Tak było, jest i będzie. Ale nie pasuje mi to, że zamiast puszki dostałem przelany napój do plastikowego kubka.
Sprzedawcy zarabiają na kupujących dwa razy
Od paru lat jeżdzę po festiwalach psytrancowych. Lubię ten klimat, muzykę, dekorację i uśmiechniętych ludzi. Od niedawna jeździmy na te wydarzenia razem z żoną, z namiotem pod pachą przeżywamy jakby drugą młodość. I w tym roku też w ten sposób postanowiliśmy się wyluzować, po sporych nerwach, kiedy nasi synowie zdawali egzamin ósmoklasisty i maturę. I udało się. Telefony poszły na bok, tak jak nasza codzienna rzeczywistość. Była tylko muzyka i taniec.
I doszedł do tego maleńki, tak naprawdę nic nie znaczący, zgrzyt. Raz, czekając na któregoś z wykonawców, podeszliśmy do festiwalowego baru i zamówiliśmy Coca Colę w puszce. Cena? 10 zł i nie mam z tym żadnego problemu. Trudno oczekiwać, że podczas takiego wydarzenia, organizowanego w naturalnym krajobrazie, będą stawki z Biedronki, czy z Żabki. Problem jest zupełnie gdzie indziej. Bo koniec końców tej puszki nie dostałem do ręki, chociaż sam napój już tak.
Barmanka wyciągnęła z lodówki rzeczoną puszkę. Już wyciągałem po nią rękę, ale w połowie zdębiałem, jak zobaczyłem, że sprzedająca ją na moich oczach otwiera. Te oczy musiałem zresztą zrobić bardzo duże, bo pani widząc moją minę zaczęła szybko tłumaczyć, że taki prikaz dostała od swojego szefostwa. I w ten sposób kupując Colę w puszce dostałem Colę w plastikowym kubku. Nie zareagowałem, bo bardzo z żoną dbamy w trakcie takich festiwali o tylko dobrą energię. I tak przecież bym się nie wykłócił. Po co więc marnować czas i przy okazji nerwy?
Ale też szybko zrozumiałem, co tak naprawdę się stało. I wychodzi mi na to, że właściciel festiwalowego baru po prostu postanowił kroić uczestników na kaucji. Nie dość, że płacisz znacznie więcej niż w normalnym sklepie, to w dodatku nie masz możliwości zwrotu pobranej tak kaucji. Widzisz tylko charakterystyczne logo systemu kaucyjnego na puszcze, która zaraz znika pod barem. I w ten sposób sprzedawca zarabia na tobie dwa razy. Fajnie, co nie?
Nie wystarczy prawo, potrzebna jest jego egzekucja
Opisałem to zdarzenie służbom prasowym Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Zapytałem też przy okazji, czy taki proceder jest zgodny z prawem. Odpowiedzi jeszcze żadnych nie otrzymałem, ale boję się, że nic się w tej mierze nie zmieni. Tak jest w klubach muzycznych i na festiwalach widać również. Resort zaś może nawet stwierdzić, że tak nie wolno. I co z tego? Na tej samej zasadzie nieraz zapewniano mnie, że zwrotem za kaucję może być tylko gotówka, a nie żaden kupon rabatowy. I co? Psinco. Takie sklepowe bony dalej funkcjonują, jakby były w równoległej rzeczywistości. I stawiam dolary przeciwko orzechom, że z tym podwójnym zarabianiem na kaucji będzie dokładnie tak samo.
Fot. Audrius Merfeldas/Shutterstock
Dziennikarz serwisu Bizblog.pl. Zawodowo pisze już od ćwierć wieku. Dawniej m.in. Goniec Górnośląski, Dziennik Zachodni, Magazyn Gospodarczy „Fakty”. Współpracował m.in. z Miesięcznikiem Finansowym „Bank”. Zajmuje się głównie sprawami gospodarczymi - z obszaru energetyki i jej transformacji. Pisze o górnikach, hutnikach, energetykach, odnawialnych źródłach energii, a także o polityce jądrowej, czy przyszłej strategii wodorowej. Nie obce mu są też tematy związane ze skutkami biznesowymi następujących już zmian klimatu. Specjalizuje się również w kwestiach związanych z usytuowaniem prawnym tak marihuany rekreacyjnej, jak i jej medycznej odmiany.