Jeszcze zanim wbito pierwszą łopatę, internet zdążył urządzić w Wilanowie najdroższe Dino świata. W memach były złote ściany, udka dinozaura i woda z Dubaju. Pojechałam zobaczyć sklep, który internet ochrzcił symbolem luksusu. Okazało się, że największy luksus jest tam zupełnie gdzie indziej.

To była moja pierwsza wizyta w Dino. Sieć dyskontów, która należy do Tomasza Biernackiego, jednego z najbogatszych Polaków, przez lata rozwijała się na wsiach i obrzeżach miast. Być może właśnie z takim wizerunkiem kojarzyła się części mieszkańców Wilanowa, którzy protestowali przeciwko inwestycji.
Droga do Dino przy ul. Sytej zaskakuje. Zjeżdżam z ul. Przyczółkowej i nagle Warszawa zaczyna przypominać bardziej podmiejską wieś niż milionową metropolię. Są pola, stawy, niska zabudowa jednorodzinna. Nad drogą przelatuje bocian, dopełniając sielskiego krajobrazu. Po chwili mijam pole golfowe. Nagle przy drodze wyrasta Lidl, a chwilę dalej Biedronka i Media Expert.
Internet miał już swoją wersję tej historii. W Google Maps, o czym pisałam wcześniej, pojawiały się fikcyjne opinie na kilka miesięcy przed otwarciem sklepu o złotych ścianach, stekach z łabędzia i wodzie z ujścia Dubaju. Powstawały grafiki przedstawiające luksusową wersję Dino dla Wilanowa. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej przyziemna.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Pierwszy luksus? Nie muszę mieć drobnych
Na parkingu nie ma tłumów. Jest paczkomat InPost. Przy recyklomacie nie ma kolejki. Nic się nie wylewa. Co więcej – nie czuć charakterystycznego aromatu fermentujących resztek po napojach. Nie wiem, jak oni to robią. Perfumują?
Kolejne pozytywne zaskoczenie czeka przy wejściu do sklepu. Wózki nie wymagają ani monety, ani plastikowego żetonu. Tak, wiem. Trudno nazwać luksusem brak konieczności szukania dwu- lub pięciozłotówki po kieszeniach. A jednak - nie wymyślili jeszcze wózków odczepianych dzięki karcie płatniczej, tym bardziej złotej kredytowej. No i jakie drobne mogą mieć przy sobie zamożni wilanowianie? Pięćsetką z królem Janem III Sobieskim wózka z łańcucha raczej nie uwolnisz.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
A same wózki w Dino? Niczym żona ze Stepford mogę z gracją, bez większego wysiłku wkładać do nich produkty, bo są wyraźnie płytsze niż w wielu innych dyskontach. Nie trzeba nurkować i odrywać stóp od gruntu, by wydobyć przy kasie kefir albo karton mleka leżący na samym dnie. Niby drobiazg, ale właśnie z takich drobiazgów składa się wygoda codziennych zakupów.
„Marian, tu jest jakby luksusowo”. Drugi luksus? Oaza spokoju
Po wejściu do środka zorientowałam się, czego mi najbardziej brakuje. A właściwie – czego nie ma.
Nie ma palet porzuconych na środku alejek. Nie ma porozrzucanych kartonów. Nie ma nawet człowieka, który próbuje przepchnąć paleciak przez tłum klientów. Nie ma nerwowych pracowników, którzy w pośpiechu biegają po sklepie i wyładowują towar. Nie ma kasjerek skanujących produkty z prędkością karabinu maszynowego.
Nie przypuszczałam, że kiedyś o dyskoncie spożywczym napiszę, że największym luksusem okazał się… spokój. W czasach wszelkiego przebodźcowania, gdy dodatkowo sklepy walczą o uwagę klientów jaskrawymi cenówkami, aplikacjami i migającymi promocjami krzyczącymi „Mega promocja”, „Hit”, „2+2”, „Tylko dziś”, Dino robi coś odwrotnego. Tu jest zaskakująco cicho wizualnie. Gdyby sklepy miały tryb samolotowy, Dino działałoby w nim.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Trzeci luksus? Brak aplikacji, jasne zasady promocji
Cenówki na regałach są białe, czytelne, z prostą informacją o cenie. Jeśli promocja obowiązuje przy zakupie dwóch produktów, od razu wiadomo, ile kosztuje jedna sztuka. Nie trzeba studiować regulaminów, aktywować kuponów, skanować aplikacji, składać przysięgi wierności zgodom marketingowym i sprawdzać, czy promocja działa tylko we wtorek przy pełni księżyca.
Dla jasności - w sklepie też są czerwone ramki z cenami, ale wiszą jedynie w kilku miejscach.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Jednym z produktów, na których dyskonty najczęściej walczą o klientów, jest masło. W Dino również trafiłam na promocję – kostkę masła Mlekovity można było kupić w ofercie „2+2”, cena jednostkowa spadała wtedy poniżej 3 zł. Najważniejsze było jednak to, że wszystko zostało opisane jasno i bez łamigłówek. Nie trzeba niczego przeliczać. Cena jest po prostu ceną. Brzmi jak banał? W 2026 r. to prawie luksus.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Największe zaskoczenie? Zakupy w Dino nie wymagają aplikacji, kart lojalnościowych ani kalkulatora. A ceny naliczają się przy kasie zgodnie z końcową ceną rabatową. Paragon nie ciągnie się na metry, tylko daje czytelną informację, ile faktycznie zapłaciliśmy za produkt.
Czwarty luksus? Mogę kupić trzy pieczarki bez folii
Sam sklep jest mniejszy od wielu dyskontów, do których przywykłam. Licznik w telefonie pokazał około 400 kroków i właściwie zdążyłam obejść cały market.









Mniejsza powierzchnia nie oznacza uboższego asortymentu. Jest nabiał, pieczywo, mięso, wędliny, sery, mrożonki, napoje, chemia gospodarcza, kosmetyki, dział przemysłowy, a nawet kwiaty. Sporo jest znanych marek, choć oczywiście nie brakuje również produktów własnych Dino, ale ich liczba nie poraża.











Warzywniak nie imponuje rozmiarem, ale znalazłam tam coś, czego dawno brakowało mi w innych dyskontach. Pieczarki zostały uwolnione z plastikowej niewoli. Bierzesz dwie. Albo siedem. Nikt nie zmusza cię do adopcji całej, półkilogramowej rodziny. Podobnie winogrona, które nie pocą się w plastiku tylko odpoczywają na papierowych tackach.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Jeśli ktoś liczył na luksusowe delikatesy, będzie rozczarowany. Nie znalazłam kawioru, ośmiorniczek, wody z Dubaju ani legendarnych udek dinozaura z internetowych memów. Były za to mrożone krewetki. To najwyraźniej maksymalny poziom luksusu przewidziany przez Dino, ale może Wilanów nie umrze z głodu.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Piąty luksus? Nie muszę szukać czytnika cen
Dział przemysłowy też daje radę. Można kupić szkło marki Krosno, akcesoria kuchenne czy garnki. Co ciekawe, produkty miały ceny nie tylko na półkach, ale również na własnych metkach. Nie trzeba zgadywać, która forma do pieczenia kosztuje 29,99 zł, a która 39,99 zł. Czytnik cen jest zbyteczny i chyba nie ma go na sklepie, a przynajmniej nie rzucił mi się w oczy.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Kilka metrów dalej znalazłam coś, czego od dawna nie widziałam w dyskontach – klasyczne łapki na muchy. Bardziej kojarzą mi się z wiejskim sklepikiem niż z luksusowym Wilanowem. Muchy, jak wiadomo, nie uznają podziału na prestiżowe i nieprestiżowe osiedla.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Na sam koniec trafiłam jeszcze na prawdziwą gratkę dla kolekcjonerów. Po skarpetkach Lidla i ubraniach Biedronki przyszedł czas na klapki Dino. Jeśli ktoś marzył o pełnej stylizacji dyskontowej, właśnie dostał brakujący element garderoby.

(fot. Bizblog Spider's Web/M.Szafrańska)
Jak jest w tym najsłynniejszym Dino?
Przy jednej z alejek zapytałam panią, która robiła zakupy z wnuczkiem, o wrażenia z nowego sklepu. Powiedziała, że choć niedaleko działają już Lidl, Biedronka i kilka mniejszych sklepów, właśnie takiego marketu brakowało mieszkańcom.
Mamy blisko, można przyjść pieszo albo podjechać rowerem. Obok jest przedszkole. Czekając na wnuczka, zrobię zakupy. Ale trzeba przyznać, że w tym sklepie mają porządek – usłyszałam.
I chyba właśnie porządek najlepiej podsumowuje moją wizytę.
Wracałam z Wilanowa z poczuciem, że internet znowu dał się ponieść wyobraźni. Nie było złotych klamek, marmurów ani kawioru. Był za to zwykły sklep spożywczy, który okazał się zaskakująco dobrze zaprojektowany. Paradoks polega na tym, że po miesiącach żartów o luksusowym Dino największym luksusem okazało się coś znacznie mniej spektakularnego – święty spokój. A jeśli to właśnie jest luksus XXI wieku, to Dino na Wilanowie naprawdę ma się czym pochwalić.
Więcej o sieciach handlowych w Bizblog Spider's Web
Przygodę z mediami zaczynała jako reporterka i dziennikarka w Akademickim Radiu Kampus, w którym współtworzyła m.in. program Odkrywcy_PL. Dekadę spędziła w Wirtualnej Polsce, jako kierownik serwisów regionalnych oraz wydawca Money.pl i Finanse.wp.pl. Do Bizbloga przyszła z „Forbes” i „Forbes Women”. Pisze o rynku pracy i karierach kobiet w biznesie.