Polski prekariat ma twarz mężczyzny. Panie nie pracują głodowe pensje

Choć na finansowym szczycie panowie wciąż wyraźnie dystansują panie, na dole drabiny dochodowej oraz w mniejszych firmach to kobiety są górą. Przyjrzeliśmy się wynagrodzeniom Polaków – od płacy minimalnej po bramy finansowej elity – bez ideologicznych uprzedzeń.

Polski prekariat ma twarz mężczyzny. Panie nie pracują głodowe pensje

Analitycy, publicyści, a także spora część internetowych komentatorów płacowej rzeczywistości alarmuje o ogromnej i niesprawiedliwej luce płacowej (gender pay gap), która stawia kobiety w gorszej sytuacji – wyłącznie z racji tego, że nie są mężczyznami.

Opublikowane na początku lipca dane Głównego Urzędu Statystycznego (za styczeń 2026 r.) pokazują jednak, że sytuacja jest bardziej zniuansowana, niż może się wydawać.

Jeśli pod uwagę bierzemy „średnią krajową” dla całej pracującej w polskiej gospodarce populacji, różnica w poborach obu płci wynosi 637 zł, co przy zarobkach mężczyzn – przeciętnie – niespełna 9,7 tys. zł brutto miesięcznie oznacza lukę płacową rzędu 6,6 proc.

Średnia arytmetyczna, służąca do obliczania przeciętnego wynagrodzenia, nie oddaje jednak najlepiej tego, jakie kwoty rzeczywiście widnieją na paskach wypłat statystycznych Polki i Polaka. Lepiej obrazuje to mediana (to tzw. wartość środkowa: połowa zarabia od niej mniej, połowa więcej – przeczytasz o niej więcej w ramce w dalszej części artykułu).

Również w takim ujęciu mężczyźni wypadają lepiej – mediana ich zarobków to 7590 zł brutto przy 7289 zł w przypadku kobiet. Różnica jest jednak znacznie mniejsza – to 300 zł, co w przeliczeniu daje niespełna 4 proc.

Tyle właśnie wynosi luka płacowa, jeśli pod uwagę weźmiemy medianę wynagrodzeń.

Pewnie, że byłoby lepiej, gdyby luki nie było wcale i w zarobkach panowała między paniami i panami równość, ale na razie takie rzeczy to tylko w Gorlicach. W całej reszcie kraju płacowego parytetu nie znajdziemy. Próżno też go szukać w poszczególnych branżach i działach polskiej gospodarki. Nie znaczy to jednak, że stroną „pokrzywdzoną” są w płacowych porównaniach wyłącznie kobiety.

Kiedy kobiety zarabiają więcej

O tym, że panie zarabiają lepiej od panów możemy się przekonać zaglądając do działów księgowych najmniejszych firm. A jeśli nie mamy akurat takiej możliwości, możemy skorzystać z najnowszych statystyk GUS. Znajdziemy w nich dość zaskakujące – zważywszy na utarte przekonanie, że w najmniejszych firmach dyskryminacja płacowa kobiet ma się świetnie – dane. Wynika z nich, że wprawdzie w tym segmencie luka płacowa (zwana z angielska gender pay gap) istnieje, jednak jest ona ujemna. Inaczej mówiąc: różnice w wysokości wynagrodzeń, owszem, są, ale na korzyść pań.

W firmach zatrudniających od sześciu do dziewięciu osób mediana wynagrodzeń mężczyzn zatrzymała się na poziomie równym płacy minimalnej – dokładnie 4806 zł. W przypadku kobiet jest to kwota o ponad 500 zł (12 proc.) wyższa. W firmach zatrudniających od 10 do 49 pracowników sytuacja się powtarza – luka płacowa, choć mniejsza (różnica wynosi 9 proc.), też jest ujemna, co oznacza, że to kobiety zarabiają więcej (mediana ich zarobków to 6756 zł wobec 6194 zł dla mężczyzn).

Odpowiedź na pytanie o przyczyny tej dominacji zarobkowej pań kryje się w strukturze stanowisk w mniejszych, lokalnych przedsiębiorstwach; mężczyźni często wykonują w nich proste, powtarzalne prace fizyczne, np. magazynowe czy transportowe, a najczęstszą stawką za taką pracę jest ustawowe minimum lub nieznacznie powyżej (przynajmniej oficjalnie). Kobiety w tych samych firmach częściej obejmują stanowiska wymagające kompetencji miękkich lub twardych specjalistycznych kwalifikacji: zarządzają księgowością, logistyką, kadrami czy administracją biurową. W efekcie ich pozycja negocjacyjna w rozmowach z pracodawcą jest lepsza – podobnie jak zarobki.

Dominacja finansowa mężczyzn zaczyna się tak naprawdę dopiero w firmach zatrudniających powyżej tysiąca osób, gdzie mediana ich zarobków (9249 zł) wyraźnie dystansuje wynik kobiet (8000 zł): tu luka płacowa – już bez minusa – to 13,5 proc.

Dojrzałość sprzyja kobietom

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy na tapet weźmiemy zarobki kobiet i mężczyzn z uwzględnieniem ich wieku. Powszechna narracja zakłada, że przerwy w karierze zawodowej związane z macierzyństwem trwale upośledzają dynamikę wzrostu pensji kobiet. Do 50. roku życia statystyka zdaje się to potwierdzać – szczyt przewagi w zarobkach mężczyzn przypada na kohortę 35-44 lata, w której luka płacowa sięga 9 proc.

Jednak długo się panowie wyższymi zarobkami nie cieszą. Przełom następuje, gdy ich koleżanki osiągają wiek przedemerytalny, a przewaga kobiet w zarobkach utrzymuje się długo po jego przekroczeniu. W grupie wiekowej 55-64 lata mediana wynagrodzeń mężczyzn zaczyna gwałtownie spadać, do 7296 zł. Kobiety w tym samym wieku osiągają natomiast swój historyczny szczyt finansowy z medianą na poziomie 7718 zł. Luka płacowa wynosi już -5,8 proc., czyli ponad 420 zł na korzyść kobiet. Wśród pracowników z jeszcze większym stażem życiowym ta tendencja utrwala się na dobre. W grupie wiekowej 65 lat i więcej połowa mężczyzn musi zadowolić się kwotą nie większą niż 7 tys. zł – w przypadku pracujących kobiet mediana zarobków jest o ponad 650 zł wyższa, co oznacza poszerzenie luki płacowej – do -9,3 proc.

Ten demograficzny fenomen rzuca nowe światło na to, jak starzeje się polski rynek pracy. Dojrzały mężczyzna nierzadko traci zatrudnienie w przemyśle czy budownictwie, m.in. ze względu na bariery zdrowotne, przez co na ostatniej prostej przed emeryturą (lub już na niej) ląduje w kiepsko opłacanych sektorach, jak ochrona czy dozór nieruchomości.

Zupełnie inaczej wygląda profil aktywności zawodowej dojrzalszych kobiet. Polki, które decydują się pozostać na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego, to w dużej mierze reprezentantki zawodów specjalistycznych. Mowa o lekarkach, sędziach, nauczycielkach akademickich, dyrektorkach szkół czy kluczowych menedżerkach finansowych. Ich unikatowa, budowana przez dekady wiedza jest dla pracodawców na tyle cenna, że do pewnego stopnia pozwala paniom dyktować warunki i zdominować rówieśników w zestawieniach płacowych.

Najnowsza publikacja GUS pewnie nie spodoba się osobom próbującym opisywać nasz rynek pracy według utartych, powierzchownych z natury i często zakrapianych ideologią schematów; rzeczywistość płacowa jest jednak mocno zniuansowana, a przewaga w tym zakresie zależy dziś od wielkości pracodawcy i metryki pracownika znacznie bardziej, niż mogłoby się wydawać. Płeć też ma znaczenie, choć niekoniecznie przemawia na korzyść mężczyzn.

Kobiety, pieniądze i progi

Szczególnie boleśnie doświadczają tego pracownicy z najniższymi uposażeniami. Świadczą o tym kolejne, idące pod prąd wyświechtanych narracji, dane GUS. Pokazują progi zarobków dla dziesięciu grup pracowników: od zarabiających najmniej, przez średniaków po finansową elitę. W statystyce granice między nimi wyznaczają tzw. decyle.

Czym są decyle i dlaczego mówią więcej niż średnia krajowa?

Większość z nas intuicyjnie rozumie pojęcie „średniej płacy”, choć rzadko kiedy odzwierciedla ona zawartość naszych portfeli (a to dlatego, że używana do jej obliczeń przeciętna arytmetyczna jest szczególnie wrażliwa nawet na sporadyczne, lecz mocne odchylenia). Nieco lepiej radzi sobie „mediana”, zwana nie bez racji wartością środkową, ponieważ znajduje się dokładnie w centrum rozkładu wynagrodzeń: połowa populacji zarabia więcej niż mediana, połowa mniej.

Są jednak jeszcze precyzyjniejsze miary służące do analizowania struktury zarobków w społeczeństwie. Na przykład decyle. Wyobraźmy sobie, że ustawiamy wszystkich zatrudnionych w Polsce etatowców w kolejce – od tego, który zarabia najmniej, do tego, który inkasuje najwyższą pensję. Następnie dzielimy tę kolejkę na dziesięć równych grup, z których każda skupia dokładnie 10 proc. pracujących. Punkty graniczne między tymi grupami to właśnie decyle.

Pierwszy decyl to próg, poniżej którego znajduje się 10 proc. pracowników – tych, którzy zarabiają najmniej. Z danych GUS wynika, że ta jedna dziesiąta Polaków zarabia maksymalnie ustawowe minimum, czyli 4806 zł brutto.

Piąty decyl to nic innego jak opisana już mediana – punkt, który dzieli całe pracujące społeczeństwo na dwie równe części – jedna połowa zarabia mniej od mediany, druga – więcej.

Dziewiąty decyl to z kolei brama do finansowej elity. Oddziela ona 10-procentową grupę najlepiej zarabiających w Polsce od reszty pracujących. Żeby znaleźć się w tym gronie, trzeba zarabiać co najmniej 15,5 tys. zł brutto.

Poniższa tabela pozwala dokładniej przyjrzeć się strukturze wynagrodzeń, a także luce płacowej, która w znacznym stopniu zależy od poziomu osiąganych dochodów.

Okazuje się, że polski rynek pracy stworzył dwie „wyspy równości” – tam, gdzie różnice między zarobkami kobiet i mężczyzn niemal zanikają. Jedna znajduje się na samym dole drabiny dochodowej, druga – tuż przed finansowym szczytem.

Zupełna równość zarobków kobiet i mężczyzn panuje wśród 10 proc. zarabiających najmniej: w tym przypadku granicę dla jednych i drugich wyznacza płaca minimalna. Ciekawie robi się jednak już szczebel wyżej: okazuje się bowiem, że jeśli pod uwagę weźmiemy jedną piątą pracowniczek i pracowników z najniższymi uposażeniami, kobiety wypadają na tle mężczyzn lepiej pod względem wynagrodzeń. W przypadku mężczyzn progiem jest 5039 zł, dla kobiet poprzeczka drugiego decylu zawieszona jest o 273 zł wyżej, co tworzy przekraczającą 5 proc. ujemną lukę płacową. To zresztą jedyna sytuacja, w której próg zarobkowy kobiet przewyższa próg dla mężczyzn.

Ta pozornie niewielka różnica obnaża istnienie pokaźnej strefy ubóstwa etatowego, w której więzieni są przede wszystkim mężczyźni. Pokazuje, że o ile kobietom pierwszy krok w górę z poziomu „najniższej krajowej” przychodzi stosunkowo łatwo, o tyle mężczyźni masowo szorują po dnie stawki minimalnej. W dużej mierze wynika to z faktu, że na najniższych szczeblach drabiny zawodowej mężczyźni są silnie skoncentrowani w sektorach o zerowej elastyczności płacowej – pracy fizycznej niewymagającej kwalifikacji, wspomnianej ochronie mienia czy prostych pracach sezonowych. Kobiety, nawet rozpoczynające pracę w nisko płatnych sektorach (handlu detalicznym czy usługach), szybciej przekraczają próg minimalny i przesuwają cały dół kobiecej statystyki w górę.

Więcej o wynagrodzeniach na stronach Bizblog Spider's Web

Płacowe skrajności

Panie ustępują panom, choć minimalnie, po przekroczeniu kolejnej granicy zarobkowej, wyznaczającej 30 proc. pracowników w Polsce o najniższych zarobkach. Różnica to zaledwie 56 zł, czyli niespełna 1 proc. na korzyść panów.

Tę grupę tworzą m.in. pracownicy wielkich sieci handlowych, gigantów e-commerce, centrów logistycznych czy przedstawiciele podstawowego personelu produkcyjnego. Fakt, że różnica płac kurczy się tu do ułamka procenta, to m.in. skutek rewolucji, którą przeprowadziły u nas zagraniczne korporacje handlowe i logistyczne. Stawki na podstawowych stanowiskach w Biedronce czy Lidlu są zwykle ujednolicone i sztywne; kasjer czy magazynier zarabia więc z góry określoną kwotę niezależnie od płci, a miejsca na indywidualne negocjacje płacowe w praktyce nie ma. Stąd tak mocno „sprasowane” wynagrodzenia i minimalna luka płacowa.

Później pensje mężczyzn zaczynają „odjeżdżać” kobietom, jednak u progu granicy oddzielającej jedną piątą najlepiej zarabiających w Polsce (tu zarobki są już co najmniej pięciocyfrowe) znów się zbiegają. Różnica wynagrodzeń w tej grupie to mniej niż 3 proc. (na korzyść mężczyzn). Przyczyny zawężenia luki płacowej są w tym przypadku inne; to rewir wyspecjalizowanych ekspertów, lekarzy, prawników czy menedżerów średniego szczebla. W tym miejscu o braku dysproporcji decydują już nie sztywne, taśmowe tabelki dla pracowników fizycznych, ale (często transparentne) korporacyjne systemy ocen i siatki płac w sektorze publicznym.

Dopiero sforsowanie bramy do ostatniego, dziesiątego poziomu zamożności (zarobki od 15-16 tys. zł) ujawnia, jak wysoko zawieszony jest w Polsce „szklany sufit” (luka płacowa rośnie do 7,5 proc.). I choć na szczycie panowie znów odjeżdżają paniom o ponad 1,2 tys. zł, dół tabeli udowadnia, że polski prekariat ma dziś twarz mężczyzny.

Dane wykorzystane w tekście, które posłużyły nam również do obliczeń, pochodzą z publikacji Głównego Urzędu Statystycznego zatytułowanej „Rozkład wynagrodzeń w gospodarce narodowej w styczniu 2026 r.”, która ukazała się na początku lipca 2026 r.

Bartosz Krzyżaniak
Redaktor

Pierwsze teksty o gospodarce i biznesie publikował w latach 90. w „Pulsie Biznesu”. Pracował w „Życiu” i „Życiu Warszawy”, a po powrocie do „PB” został redaktorem prowadzącym. Współtworzył i kierował miesięcznikiem „EduFakty” oraz dwumiesięcznikiem „Uczę Nowocześnie”, organizował konferencje i wykładał. W 2017 r. pracował w redakcjach ekonomicznych WP, rok później trafił do „Forbesa”. Absolwent dziennikarstwa UW oraz studiów podyplomowych z polityki pieniężnej i bankowości centralnej (INE PAN, NBP).