Projekt, który zaczął się jako kolonialny sen, wchodzi w decydującą fazę - i tym razem za kierownicą siedzi Egipt, który chce zostać bramą Afryki.

Ukończono już około 80 proc. trasy wiodącej z północy na południe kontynentu przez Sudan, Etiopię, Kenię, Tanzanię, Zambię, Zimbabwe, Botswanę i RPA. To 10 228 kilometrów, które mają połączyć Morze Śródziemne z Przylądkiem Dobrej Nadziei.
Brakuje kluczowych 20 proc.
Sudan trawi wojna domowa. Róg Afryki pozostaje jednym z najbardziej niestabilnych regionów świata. Zambia i Tanzania borykają się z własnymi opóźnieniami budowlanymi. Projekt nie jest realizowany przez jeden podmiot ani finansowany z jednego budżetu. Każdy kraj buduje własny odcinek.
Egipt płaci za swój kawałek trasy i koordynuje całość, ale nie wyłoży pieniędzy za Etiopię czy Kenię. Zyskać może jednak geopolitycznie.
Maroko inwestuje w atlantyckie porty, budując swoją pozycję jako brama dla handlu z Afryką Zachodnią i Sahelem. Kraje Zatoki Perskiej przejęły kontrolę nad węzłami logistycznymi wzdłuż Morza Czerwonego i wschodnioafrykańskiego wybrzeża. Egipt stawia na inną kartę: śródlądowe korytarze omijające wąskie gardła kontrolowane przez rywali.
Kiedy morskie szlaki zawodzą, lądowe alternatywy zyskują na atrakcyjności
Do tego dochodzi projekt uzupełniający: planowana trasa do Czadu przez Libię - 1720 kilometrów za około 510 milionów dolarów. Jej celem jest otwarcie nowych szlaków handlowych w kierunku Sahelu i danie Czadowi dostępu do rynków śródziemnomorskich.
Czytaj więcej o biznesie w Afryce:
Autostrada jako ekosystem, nie tylko asfalt
Miarą sukcesu korytarza nie będą kilometry asfaltu, lecz to, co wzdłuż niego wyrośnie. Tu potrzeba jednak wsparcia, aby kraje zechciały działać w ramach wspólnej unii celnej, jak ma to miejsce na przykład w kontekście autostrady Dakar-Lagos, liczącej około 4000 kilometrów. Trasa z Kairu do Kapsztadu ma szansę stać się katalizatorem dla rozwoju wszystkich zaangażowanych krajów.




















